border border border border
border
     
border border
Pomoc dla Asi
border border
 arrow 
   Strona Główna arrow Prace Asi Dzisiaj jest niedziela, 21 lipiec 2019
border border

 
Menu serwisu
Strona Główna
Epitafium
Dla Asi
Strona Główna - Historia
Strona główna - Historia 2
Galeria
Prace Asi
Kącik Asi
Kalendarium
Skrócone kalendarium medyczne
Księga gości
Ciekawe
English version
Aukcje Allegro dla Asi
Artykuły z prasy
Info dla rodzin i pacjentów
O Asi
Środki
Zaświadczenia lekarskie
Prawidłowe wyniki morfologii
Aktualne wyniki morfologii Asi
Mail do Asi

Telefon do Asi szkoly w Kościerzynie :
058 686-83-32



Prace Asi

Wiersze
Opowiadania
Przedstawienia
Autobiografia
Zapiski
Z pamiętników
Różności
Listy do domu


DWA LISTKI
Jeden liść spadł z drzewa. Nieopodal leżał drugi listek, i tak jeden listek do drugiego powiedział:
- Cześć, jak się masz?? Przyjedziemy się??
- Cześć, u mnie wszystko dobrze. Jasne, że się przejdziemy. - no i poszli na spacer.
- Z jakiego ty jesteś drzewa?? - zapytał pierwszy listek
- Z klonu, a ty? - odpowiedział drugi, ten, który już wcześniej leżał na ziemi.
- Ja jestem z dębu. - i nagle powiało.
-RATUNKUUU!! - Liść klonu poszybował wysoko, wysoko. Hen w górę, na dach jakiegoś wieżowca, a liść dębu niziutko, powolutku znalazł się pod kołami samochodu. Przyjaciele zostali rozdzieleni, a przecież razem raźniej, przeżywać nawet te złe przygody. Dębowy liść ledwo uszedł z życiem, klonowemu również wiele do szczęścia było potrzeba. Sprawca tych nieprzyjemnych chwil nadal wiał. Hulał i obracał je. Obaj bohaterowie znaleźli się niedaleko siebie, więc chwycili się za ręce. Wiatr jednak rzucił ich na płot druciany i listek dębowy zahaczył nogą. Nie mógł jej uwolnić, ale z pomocą przyjaciela wyswobodził się. W tej chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wiatr uspokoił się nieco i delikatnie zaniósł nasze listki na trawę. Traf chciał, że akurat przechodziła tamtędy Ewa. Zbierała liście do wazonu. Zabrała także naszych przyjaciół. Wsadziła ich do wazonika, a oni taką przeprowadzili rozmowę:
- Wiesz co?? Jednak najważniejsze jest to, żeby trzymać się razem. Wtedy nic złego się nie może nam się stać. - powiedział liść klonowy.
- Tak, masz rację. Gdyby nie ty, nie wiem co zrobiłbym na tym płocie... Chyba bym tam został... - odpowiedział dębowy i poszły spać, bo były zmęczone po przygodach.
Następnego dnia Ewa wzięła listki i zrobiła z nich pracę do szkoły. Później okazało się, że była to najładniejsza praca.

DZIELNICOWY
- Mamo!! – krzyczy od drzwi Tadek.
- Słucham, synu?? O co chodzi??
- Wychodzę na chwilkę, dobrze?? Muszę odebrać książkę Ewie, miała mi wczoraj przynieść…
- Dobrze, ale następnym razem pamiętaj: - zaczęła pouczać go matka – nie „wychodzę”, ale „czy mogę wyjść”… I co to za Ewa??
- Ta gruba, z mojej klasy. Co ma taki śmieszny aparat na zęby i w ogóle jest nieciekawa…
- No dobrze, idź. Tylko następnym razem postaraj umówić się w szkole, nie będziesz musiał chodzić. I postaraj się, żeby to ona ci ją odniosła, jeśli pożyczyła. Pa, wróć szybko!! I uważaj po drodze!! – za chłopcem już trzasnęły drzwi i prawdopodobnie nie usłyszał ostatniej przestrogi. Pani Karska usłyszała jeszcze tylko szybkie kroki na schodach i skrzypienie drzwi wyjściowych. Tadek bardzo się spieszył, więc nie doszedł do przejścia dla pieszych, lecz przeciął ulicę nie rozglądając się nawet na lewo i prawo. Na szczęście droga była w miarę pusta. Miasteczko nie było zbyt duże, więc nie wszędzie znajdowały się chodniki. Tadeuszek poszedł prawą stroną drogi do domu Ewy, która mieszkała jakiś kilometr od niego. Ponieważ zaczynało się ściemniać chłopak nie był zbyt widoczny i nadjeżdżający z tyłu samochód o mało go nie potrącił. Przez cały czas obserwował go znajomy dzielnicowy. Gdy zobaczył zdarzenie postanowił zainterweniować.
- Tadek!! Tadeusz!! Chciałbym z tobą porozmawiać.
- Słucham? – odpowiedział zdziwiony chłopiec – I przepraszam, śpieszę się. Mama będzie się niepokoiła…
- Tak, widzę. Nawet nie zdążyłeś dojść do przejścia dla pieszych… - starszy pan uśmiechnął się – No i oczywiście taki duży chłopak jak ty – powiedział już poważniej dzielnicowy – powinien pamiętać, że gdy nie ma chodnika chodzi się lewą stroną drogi i najlepiej byłoby gdybyś miał odblaskowe naszywki. Żebyś był lepiej widoczny na drodze.
- Dobrze, zapamiętam. Jeszcze raz przepraszam, ale muszę iść do grubej Ewy… - odpowiedział szybko Tadek.
- O, nieładnie tak o dziewczynie… Wy, chłopcy powinniście lepiej mówić o płci słabszej, o waszych koleżankach… Za moich czasów… - dzielnicowy chciał kontynuować opowieść, ale mina Tadeuszka powiedziała mu, że chłopak faktycznie się spieszy. – No, to może kiedy indziej… W późniejszym czasie.
- Dziękuję bardzo. Zapraszam jutro na obiad!! Do widzenia!!
Chłopiec szybko odebrał książkę i wrócił do domu. Opowiedział mamie o spotkaniu z dzielnicowym i o tym, że zaprosił go na obiad. Pani Karska pochwaliła syna za zainteresowanie się starszą, samotną osobą. Od tego czasu pan dzielnicowy co tydzień odwiedzał tę rodzinkę i wesoło opowiadał o starych czasach. Mama i Tadek uwielbiali te opowieści. Zawsze wnosiły coś ciekawego w ich życie.

KOTY
Niedaleko siebie mieszkali mały Jaś i dzielny Staś. Młodszy z chłopców często ładował się w różne kłopoty i wtedy na pomoc wołał przyjaciela. W miasteczku mieszkała również starsza pani, która miała kotkę. Kochała ją bardzo i zawsze gdy kicia uciekła na wysokie drzewo (później oczywiście bała się zejść) sympatyczna pani martwiła się o nią.
Pewnego dnia Jaś jechał na rowerze do Stasia i zauważył panią Niman stojącą pod najwyższymi gałęziami klonu. Jej mina wskazywała, że ma jakieś zmartwienie. Chłopiec miał dobre serduszko, więc zainteresował się problemem sąsiadki. Okazało się, że to znowu Pusia… Niedaleko przebiegał jakiś złośliwy psiak i pogonił kotkę, a ona nie wiedząc co robić uciekła na drzewo. Malec szybko zorientował się, że sam niewiele zdziała, ale obiecał pojechać po przyjaciela twierdząc, że ten na pewno coś wymyśli. Starsza pani została koło wielkiej rośliny wołając pupilkę. Po piętnastu minutach chłopcy wrócili. Zaradny Staś wziął z domu niewielką drabinkę.
- Witam, pani Niman!! – przywitał wesoło właścicielkę zwierzaka – W czym mamy problem?? Ach, już rozumiem, Pusia.
- Ja już sama nie wiem co mam robić. Aż strach ją puszczać na dwór. Tylko zobaczy jakiegoś psa to ucieka na najwyższe drzewa. A później biedulka boi się zejść – tłumaczyła sąsiadka Jasiowi podczas gdy starszy chłopiec usiłował sprowadzić kotkę na ziemię. Nieco go podrapała, ale w końcu zadowolona wylądowała w ramionach właścicielki. Nieopodal przechodził burmistrz miasteczka.
- Dzień dobry. Znowu problemy z Pusią??? – zainteresował się
- Oj, tak. Na szczęście chłopcy mi już pomogli, bo sama czekałabym chyba tutaj do wieczora. Może nawet musiałabym wzywać straż pożarną… - zaczęła zastanawiać się starsza pani.
- Jasiu, Stasiu. Macie takie młode główki, może macie jakiś pomysł, żeby tutejsze kotki nie wbiegały na drzewa… To nie tylko zmora pani Niman. Jest dosyć wielu zmartwionych właścicieli…
- Panie burmistrzu… Właściwie, chyba jest sposób, ale troszkę kosztowny, no i pracochłonny. – zaczął Staś.
- Słucham, z pewnością jest ciekawy.
- Możnaby porobić płotki dookoła drzew, żeby koty nie przełaziły… Ale to się wiąże z pieniążkami…
- Mój tata mógłby nam je wykonać!! – zawołał Jaś – ostatnio nie ma wiele roboty, kilku mieszkańców na pewno się dołączy, a uczniowie z naszej szkoły mogliby pomalować te płotki, żeby było ładniej!!
- Wkrótce przyjadą moi wnukowie. Oni z pewnością pomogą!! – włączyła się starsza pani
- Wspaniale. Zorganizujemy spotkanie i zabierzemy się do wykonywania płotków. – zakończył burmistrz i wszyscy rozeszli się do domów.
W niedługi czas po tym mieszkańcy miasteczka raźno zabrali się do pracy. Po niecałym tygodniu wspólnej roboty wszystkie drzewka zostały ogrodzone. Koszty nie były zbyt wysokie, więc burmistrz ze środków, które zostały zorganizował piknik. Wszyscy mieszkańcy byli bardzo zadowoleni, a koty wreszcie przestały wbiegać na drzewa!!

KUBUŚ PUCHATEK
Tomek miał starszego brata, bardzo go kochał, ale również bardzo lubił bawić się jego zabawkami, więc często je pożyczał. Pewnego razu, gdy Michała nie było w domu, chłopiec poszedł do pokoju brata i wziął kilka jego maskotek, m. in. Kubusia Puchatka. Nagle do drzwi zadzwonił dzwonek, więc Tomuś szybko pobiegł otworzyć drzwi. Okazało się, że to Robert. Oczywiście maluch natychmiast zaprosił go do domu i do zabawy. Rodziców nie było w domu, bo akurat wyszli do pracy. Zabawa bardzo zajęła chłopców. W jej trakcie zachciało im się pić. Tomek zrobił sok, przyniósł go, ale Robert tak niefortunnie się napił, że ten rozlał się na dywan. Po skończonej wizycie Chłopiec zauważył, że nigdzie nie może znaleźć Kubusia Puchatka. Bardzo się zmartwił. Poukładał zabawki na półkę i pomyślał, że musi przeprosić brata. Rodzice i Michał wrócili mniej więcej w tym samym czasie.
- Mamo!! - jęknął Michał - Mały znowu bawił się moimi maskotkami!! I gdzieś schował Kubusia!!!
- Synku, chodź tu!!
- Ale mamo, to nie ja. W południe przyszedł do mnie Robert, bawiliśmy się, a potem Puchatka już nie było... - odpowiedział zmartwiony Tomek
- Kochanie, a tyle razy mówiliśmy ci, żebyś nie przyjmował gości, jak nas nie ma... Widocznie kolega wziął zabawkę i poszedł.
- Tak, mamusiu. Rozumiem, a ciebie, braciszku bardzo przepraszam!!! Zachowałem się bardzo głupio.
Po tym zdarzeniu chłopiec wreszcie zrozumiał, że nie powinien brać rzeczy innych bez pytania i nie powinien przyjmować gości, gdy jest sam w domu, bo nikt nie wie, jak to się może skończyć.

O BASI, KTORA ZAWSZE MOWILA NIE
W małym miasteczku nad morzem mieszkała sobie Basia. Gdy ktoś ją o coś zapytał zawsze odpowiadała: "nie". Znajomi dziewczynki wiedzieli o tym i zawsze pytali dwa razy. Drugi raz odpowiadała już zgodnie z prawdą. Ale pewnego razu do miasteczka zawitał nieznajomy. Traf chciał, że zatrzymał w pensjonacie rodziców Basi. Dziewczynka w południe bawiła się na podwórku z koleżanką. Mama jej, poprosiła gościa aby zapytał się czy jej córka chce obiad. Jednak zapomniała, że nie jest on poinformowany, że trzeba zapytać dwa razy...
-Basiu, czy zjadłabyś zupki, mamusia ...
-Nie - odpowiedziała przekornie.
-Dobrze.
Mała nie zareagowała ponieważ myślała, że pan żartuje i zaraz przyjdzie.
-Panienka nie chce zupy.
Po jakimś czasie Basia zaniepokoiła się, że nie wołają ją na obiad, a nikt nie przyszedł drugi raz zapytać - Mamo!! Gdzie moja zupa?? Jestem głodna!!
-Przecież nie chciałaś zupy - zdziwiła się mama.
-Nikt nie zapytał drugi raz!!! Daj mi zupy!! - rozkazała
-Nie - pani Ewa sama zdziwiła się własnymi słowami. -Jak chcesz zupy to musisz poprosić.
-Buu... - wpadła w płacz dziewczynka - jestem głodna, proszę.
-Cicho, już cicho... Już dobrze. Daję ci tę zupkę.
Od tego dnia mała Barbara już zawsze mówiła prawdę i nauczyła się, że jak czegoś chce to musi poprosić.

PAMIĘTAJCIE O BLISKICH
- Emilko, napisałaś do babci list??
- Mamo, po co?? – pyta córka - Przecież babcia była u nas miesiąc temu, no i wczoraj z nią rozmawiałaś!!
- Kochanie, ale ona na pewno się ucieszy! – tłumaczy mama - Sama wiesz, że żyje samotnie. To taki promyczek, uśmiech w ciągu dnia. I na pewno będzie wracała do niego wielokrotnie.
- Dobrze, napiszę. – zgodziła się w końcu.
- Tylko zaraz, bo zapomnisz. Ja wychodzę do sklepu, niedługo wracam. – rodzicielka pogładziła dziewczynę po głowie, uśmiechnęła się i wyszła z pokoju. Emilia natychmiast założyła walkmana na uszy i zaczęła tańczyć. Nagle zatrzymała się i wyłączyła muzykę. Przypomniało jej się, że miała oddać zeszyt koleżance. Pomyślała, że szybko pójdzie oddać przedmiot i zdąży jeszcze napisać list do babci przed powrotem mamy. Natychmiast ubrała się i wyszła z domu. Kornelia mieszkała całkiem niedaleko.
- Cześć Em! – przywitała w ją drzwiach koleżanka.
- Cześć, przyszłam oddać ci matmę.
- Fajnie, że wpadłaś, mam nowy komputer. Chodź zobaczyć. Najnowszy model! – propozycja była kusząca, ale dziewczyna wiedziała, że powinna już iść. Pomyślała, że to tylko chwilka, więc weszła. Komputer był naprawdę bardzo fajny i nagle okazało się, że Kornelia dostała też paczkę od cioci z Ameryki. A w niej mnóstwo ubrań. Koleżanki zaczęły je przymierzać i bawić się w modelki. Wtem do pokoju zapukała mama małej gospodyni.
- Emilko, dzwoni twoja mama, prosi, żebyś natychmiast wróciła do domu, a ty Korni, posprzątaj tu.
- Kochanie, jak mogłaś? –zaczęła mama - Wyszłaś bez pytania, nie zostawiłaś mi żadnej wiadomości, nie było cię dwie godziny i listu do babci też nie napisałaś…
- Ale ja tylko poszłam zeszyt oddać… i się zagadałyśmy, a myślałam, że zdążę… - kulawo tłumaczyła się dziewczyna.
- Ach… Jest późno. Połóż się już spać.
- Dobrze mamo, napiszę. Przepraszam cię. – Emilia spuściła głowę i poszła do pokoju.
Następnego ranka szybciutko wstała i od razu zabrała się za list. Gdy mama wstała natychmiast poprosiła ją o znaczek i pobiegła na pocztę. Jej rodzicielka była mocno zaskoczona. Po kilku dniach przyszła odpowiedź od babci „Kochana wnusiu! Dziękuję bardzo za Twój list. Sprawił mi wiele radości. Jestem szczęśliwa, że o mnie pamiętasz. Teraz niewielu młodych ludzi myśli o starszych. Całuję, babcia”
Nagle dziewczyna zrozumiała, że pamięć o bliskich jest bardzo ważna i kilka słów potrafi sprawić ogromną radość. Nauczyła się też, że najpierw musi robić rzeczy najważniejsze, a potem zajmować się przyjemnościami.
Od tego czasu pisała do babci już co dwa tygodnie.

SIŁA MIŁOŚCI
Na wysepce Jukatan wiele lat temu żyło w zgodzie wielu ludzi i jeszcze więcej kotów. Ci pierwsi pielęgnowali je, doglądali. Pilnowali, aby zwierzętom nigdy niczego nie brakowało.
Pewnego pochmurnego dnia Tomasz, który był prostym rolnikiem zauważył nieokreślony kształt. Leżał po drzewem nie ruszając się. Każdy inny pomyślałby, że ktoś wyrzucił stary worek, chociaż to, na wyspie zdarzało się bardzo rzadko. Najczęściej po wizytach turystów, ale ci ze względu na pogodę ostatnio omijali zaciszne miejsce.
Tomasza poruszył jakiś impuls i skierował się do drzewa. To co ujrzał przeraziło go. Wyspę prawdopodobnie odwiedzili jacyś wandale. Rzeczywiście, leżał stary worek, nieco rozpakowany. Można było dostrzec tam ślady rozkładającej się uczty. Ale mężczyzną wstrząsnął inny fakt, częściowo nakryty workiem leżał kotek. Miał przetrąconą łapkę i rankę na brzuszku. Rolnik stwierdził, że piękniejszego zwierzątka jeszcze nie widział. Wiedział, że gdy maleństwo się wyliże zrobi karierę na wyspie. Zdjął kurtę i nie zwracając uwagi na zimny wiatr delikatnie otulił je. Na Jukatanie wszyscy mieszkańcy wiedzieli jak zajmować się swoimi pupilami, toteż nasz bohater doskonale wiedział jak działać.
W ciągu nieciekawych dni mieszkańcy często się odwiedzali, bo na wyspie nie bardzo było co robić. Mężczyzna próbował zainteresować przyjaciół kotkiem, ale ci zawsze stwierdzili, że taki zabiedzony i zeszpecony. Nic z niego nie będzie i jak najszybciej trzeba go odesłać na stały ląd, bo popsuje wizerunek ich arystokratów. Tomasz wiedział, że nigdy tego nie zrobi. Maleństwo rosło i nabierało sił, Ranki goiły się, a dobrze opatrzona łapka szybko wracała do dawnej sprawności. Dzięki odpowiedniemu odżywianiu i pielęgnacji. Zwierzątko wkrótce zaczęło robić furorę na Jukatanie. Mieszkańcy byli zaskoczeni. Już nie proponowali odsyłania Kuleczki (tak ją nazwali, bo okazało się, że to kotka). Najbardziej była przywiązana do człowieka, który nie pozwolił jej zginąć i zaopiekował się nią. Starała się nie opuszczać go na krok.
W końcu nadeszły piękne, ciepłe dni. Mężczyzna zazwyczaj bardzo dobrze i sprawnie prowadził dom, ale musiał wykorzystać ten słoneczny czas w gospodarstwie i porządki w domu troszkę zaniedbał. Kulka starała się dotrzymywać mu towarzystwa na dworze. Była odważnym kotkiem, skakała po drzewach robiąc różne figle.
Pewnego dnia nie wybiegła rano z Tomaszem na pole. On jednak nie przejął się, wiedział, że była mądra. A może wreszcie przyszedł czas znaleźć partnera…??
Gdy wrócił do domu stanął w drzwiach jak wryty. Łóżko elegancko zasłane, naczynia pomyte, podłoga i kurze również wysprzątane. Może jakaś życzliwa sąsiadka wpadła na chwilę?? Postanowił się dowiedzieć następnego dnia. Kulki nie było w domu, ale to go nie zaniepokoiło.
Nazajutrz pracował na polu jeszcze dłużej, ale w porze obiadu starsza z mieszkanek wyspy, leciwa Krystyna zaprosiła go do siebie na gołąbki. Smakowity zapach rozchodził się po wielkim, słonecznym ogrodzie. Znajomi usiedli pod wielką gruszą, która dawała przyjemny cień. Tomasz zauważył, że z tego miejsca całkiem dobrze widać jego dom.
-Kochany sąsiedzie – zaczęła gospodyni – siedzę sobie tutaj czasami i oglądam świat… A ostatnio zauważyłam u pana piękną kobietę… - mężczyzn nieomal udławiłby się, szybko popił jedzenie ciemnym sokiem porzeczkowym rozlewając go lekko.
-Słucham…?? Ja właśnie chciałem zapytać szanowną sąsiadkę czy nikogo pani nie widziała, kogoś życzliwego. Bo ja teraz dużo na gospodarstwie pracuję i nie mam czasu nawet pozamiatać, a wczoraj wszystko lśniło.
-Tak rozumiem, ale to pewnie jakaś pana kuzynka – zastanawiała się kobieta – naprawdę śliczna, ale obca.
-Z pewnością bym wiedział… - pomyślał, że może jednak Krystyna się przewidziała, lubiła koloryzować, nie bardzo chciał jej wierzyć - noc spędzałem sam. Może dzisiaj również się pokaże - nie wierzył w to, al. Nie chciał być niegrzeczny dla osoby, która wykazała wobec niego tyle dobrej woli..
-Proszę chwilkę zaczekać, zaraz podam jeszcze deser. Jaki sok bardziej panu odpowiada? Jabłkowy czy może truskawkowy? Oba są pyszne, domowej roboty – pochwaliła się i szybciutko wstała do kuchni zbierając talerze.
-Rozpuści mnie pani – uśmiechnął się – poproszę jabłkowy.. – teraz miał chwilkę czasu, żeby pomyśleć, chociaż niezbyt długą gdyż starsza pani przyniosła już przepyszny budyń, jeszcze ciepłą szarlotkę i napoje. Sprawnie rozstawiła wszystko na stoliku.
-Smacznego, to miło jak mnie czasem ktoś odwiedza. Czy mam dzisiaj poobserwować pana podwórko – taki obrót sprawy był Tomaszowi zupełnie na rękę. Ona popatrzy, a on zajmie się podwórkiem. Postanowił, że jeśli ona lubi towarzystwo, to też nie zaszkodzi od czasu do czasu ją odwiedzić.
-Byłbym niezmiernie wdzięczny, jeśli to nie sprawiłoby pani kłopotu...
-Zrobię to z przyjemnością. – sąsiedzi zadowoleni z takiego obrotu sprawy dokończyli deser, Pani Krystyna posprzątała ze stołu, a Tomasz zauważył, że dużo czasu już minęło, oczywiście w bardzo miłym towarzystwie i wspaniałej atmosferze, ale musi się już zbierać. Podziękował jeszcze raz za wszystko i wyszedł zadowolony.
Wieczorem zanim poszedł do domu postanowił zapytać sąsiadkę o niespodziewanych gości. Dowiedział się, że tylko na chwilę weszła panna Ewelina, która raz w tygodniu robiła mu zakupy, a tak to cisza i spokój. Mężczyzna podziękował, pożegnał się i pełen ulgi pomaszerował do domu. Nic się nie zmieniło, poza siatkami leżącymi koło stołu.
Podśpiewując poukładał wszystko na swoim miejscu. Zadowolony z życia człowiek. Taka spokojna sytuacja trwała jeszcze dwa dni. Kulka niestety nie wracała i gospodarz zaczął się niecierpliwić…
Wieczorem. Po powrocie z pola narobił sporo zamieszania wkładając dużo wysiłku w poszukiwania swojej pupilki. Na strychu usłyszał jakieś nieokreślone dźwięki. Zaintrygowany wspiął się po schodach i uchylił drzwi. Bardzo dawno nie był w tym pomieszczeniu, więc spodziewał się ogromnych ilości kurzu, pajęczyn i brudu. Widząc lśniący czystością pokój stanął jak zamurowany. Nie miał siły zrobić kilku kroków, ale po jakimś czasie zmobilizował się i zaczął krążyć. Odkrycie tak go zaskoczyło, że zapomniał o dziwnie podejrzanych dźwiękach. Poddasze było podzielone trzema ściankami. Mieszkaniec wyspy powoli przechodził między przedziałkami. Nagle po raz kolejny został oszołomiony, ONA również. Stała wystraszona koło wielkiego kutego lustra, była piękna. Gładko zaczesane dwa kasztanowe warkocze, duże niebieskie oczy (czy tylko przerażone?), mały zgrabny nosek i malinowe usta. Była taka krucha…
Stali i patrzyli na siebie, po chwili spuściła wzrok, ta sytuacja zaczynała być krępująca. Wreszcie Tomasz odzyskał głos.
-Kim… kim…p-p-p-pani jest? – jąkał się i plątał – C-c-co pani tu… tu… tu…r-robi? – próbował się dowiedzieć, jednak dziewczyna uparcie milczała – Jak… jak… się tu… p-p-pani znalazła?? To chyba jakieś nieporozumienie! - krzyknął i lekko sam się wystraszył.
Śliczna istota podeszła cicho do wielkiej kanapy. Usiadła, nadal nie podnosząc wzroku i wreszcie przemówiła. To było jedno słowo, po którym ujrzał łzę w jej oku. – Kulka… - glos miała niczym z bajki, mężczyźnie zrobiło się jej szkoda i natychmiast zaczął ją gorliwie przepraszać. Pomyślał, że nie do końca jest normalna, to nie mogła być Kulka, jego malutka koteczka… Jednak coś go w niej zastanawiało. Kim była ta kobieta…??? Wreszcie uspokoiła się.
-To naprawdę ja… bo gdy nikt mnie nie chciał, każdy przechodził obojętnie, ty jeden zwróciłeś na mnie uwagę/// Zaopiekowałeś się mną, mimo, że byłam brzydka i nie potrafiłam sobie sama radzić – ten miękki miodowy głos zaczął się leciutko łamać gdy musiała przypominać sobie te przykre chwile pod workiem pełnym śmieci, kiedy leżała zapomniana i odtrącona.
-Widzę, że duży ból sprawia ci mówienie na ten temat. – wtrącił zatroskany rolnik – z pewnością jesteś głodna i zmęczona. Chodź – wyciągnął do niej rękę i pomógł wstać, Kulka lekko zachwiała się, więc ją podtrzymał. – Zjemy coś, pościelę ci kanapę, a swoją opowieść dokończysz jutro.
-Dobrze, dziękuję. Jesteś dla mnie taki miły… - na schodach również musiał jej pomóc. Dlaczego była tak słaba…??
Na kolację szybko zrobił omlety na ciepło z pysznym dżemem truskawkowym, który dostał ostatnio od pani Krystyny, a do tego ciepłą herbatę. Aż miło było patrzeć jak bardzo smakowało to Kulce.
Niewiele rozmawiali, wyraźnie było widać jak jest wyczerpana.
W ekspresowym tempie pościelił kanapę i przyniósł wielką pidżamę.
Dziewczyna przebrała się w łazience i położyła się. Wyglądała nieco komicznie, ale Tomasz nawet nie zdążył się zaśmiać, bo usnęła. .
Następnego dnia wstała bardzo wcześnie, pomaszerowała cichutko do łazienki, wymyła się porządnie, Włosy dzisiaj zaplotła ciasno w jeden warkocz. Wyglądała ślicznie. Wyszła z domu, nie spodziewała się, aż takiego chłodu, ale szybko przemaszerowała drogę do sklepu po świeże pieczywo i ser. Wracając zahaczyła o kurnik i podebrała kilka jajek, a następnie o ogródek po pomidory. Dzisiejsze śniadanie będzie wyjątkowe.
W domu jej opiekun nadal smacznie spał. Przygotowała jedzenie i herbatę, ale zacznie smażyć jajecznicę i zaparzać napoje dopiero gdy on przebudzi się.
Teraz chciała wejść na górę. Wiedziała, że rozmowę dokończą tam, Jednak nawet odpoczynek i spory posiłek jeszcze nie nareperowały tak bardzo jej sił. Została na dole. Skierowała się w stronę drzwi prowadzących na podwórze. Otworzyła je. Pierwsze promienie słońca padły na jej twarz. Nagle poczuła minimalny przypływ energii, ale również zaciekawiony wzrok na sobie. Odwróciła się zamykając cicho drzwi.
-Witaj! Mam nadzieję, że cię nie obudziłam – zaczęła nieśmiało – nawet nie usłyszałam jak wstałeś. Zaraz będzie śniadanie, a ty w tym czasie ubierz się i umyj.
Tomasz zaśmiał się radośnie, a do Kulki dopiero dotarło co zrobiła. Zawstydzona szybko spuściła wzrok. – Ja przepraszam i wybiegła do kuchni. Po chwili zaczęły dochodzić stamtąd smakowite zapachy. Jajka w połączeniu z startym serem i do tego świeże, perfekcyjnie pokrojone pomidorki i odpowiednia ilość przypraw to było to. Zaparzając herbatę. Przygotowała kanapki. W szafce znalazła budyń waniliowy, więc zrobiła go na deser i dodała dżemu, którego zostało jeszcze z wczoraj. Nakryła do stołu i w tym momencie wszedł gospodarz uśmiechając się promiennie – ślicznie dzisiaj wyglądasz - odwzajemniła go. Znów była tą cichą, nieśmiałą istotą.
-Dziękuję, tobie też nic nie brakuje… Zjemy??
-Oj tak!! Wręcz umieram z głodu, a tu takie zapachy!!! – szybko usiadł przy stole i zaczął się delektować. Śniadanie zniknęło, i dziewczyna podała deser. Potem posprzątała i była gotowa iść na gorę. Tym razem również potrzebowała malutkiej pomocy, ale tym razem było to zupełnie co innego. Na poddaszu podeszła do dużego okna i odsłoniła niebieskie zasłonki, pokój natychmiast wypełniło słońce. Usiadła na kanapie i o to samo poprosiła mężczyznę. Chwilę milczeli, delektowali się tą chwilą, a ona dodatkowo zbierała się w sobie, aby dokończyć… - Twoja opieka i miłość, bo myślę, że pokochałeś tamto wychudzone stworzenie, zaczęły dawać mi siłę…
Przez ostatnie dni przychodziłam tu, bo wiedziałam, że przyjdzie nam taka rozmowa. Raz jedyny musiałam wyjść, wtedy chyba widziała mnie twoja sąsiadka. Na dole też nie było zbyt czysto, więc posprzątałam i wróciłam na górę. Myślałeś, że poszłam na „łowy” młodych kotów – zaśmiała się cichutko, ale jedna łza spłynęła jej po policzku – chciał ją zetrzeć, ale ona pokręciła głową, że jest OK. Kontynuowała – Ostatni raz wspięłam się na strych. Dokończyłam sprzątanie wszystkiego, ale coraz bardziej słabłam, nie patrzyłeś na mnie z tym zachwytem, z tą miłością – nie jako do kobiety tylko jak do ulubionej pupilki, bo w dniu, w którym mnie widziałeś ostatni raz zaczęłam się zmieniać. Tyle uczucia było w tobie. Musiałam na jakiś czas się gdzieś zaszyć… Doszłam na górę i słabłam. Przypuszczam, że znalazłeś mnie w ostatniej chwili… Znów zmieniłabym się w kotka, ale tym razem nie wiem czy udałoby mi się powrócić – przerwała na chwilę, on milczał, wiedział jak jest jej ciężko.
– Gdy dzisiaj stałam w słońcu, a ty spojrzałeś na mnie z takim zachwytem poczułam przypływ energii i miłości, to samo miało miejsce podczas mojego zmywania. Czułam na sobie twój zachwycony wzrok… Dalej rosłam w siłę i teraz ostatnio, gdy odsłoniłam okno, a światło słoneczne nas zalało. Teraz jestem prawdziwą kobietą. Siła twojej miłości pomogła mi wrócić. – Podniosła na niego wzrok, po raz pierwszy… Dojrzała, że płacze, cichutko szlocha, niczym dziecko – otarła mu łzy – Cii,.. będzie dobrze. Cichutko - przytuliła go. – Dziękuję ci za wszystko, teraz pewnie ty jesteś wyczerpany. Połóż się na troszkę – pokręcił przecząco głową:
-Kulka…
Dziewczyna uśmiechnęła się:
-Nie, nie Kulka, Jej już nie ma. Jestem Kasia.
-Kasiu!!!!!!!!!!! Ja cię kocham!!!!!!!!!!! Kocham cię nad życie!!! Zostań moją żoną!!!! Znam wspaniałe miejsce na wyspie! Przeprowadźmy się tam !!!!!!!!!
Kasia nie mogła wydobyć głosu:
-Ja.. ja… ja… n-n-nie wiem co m-m-mam powiedzieć…?
-Zgódź się tylko. Chcę spędzić z tobą resztę życia, to ty nauczyłaś mnie kochać…
-Dobrze!!!!! Jestem taka szczęśliwa!!!
Długo jeszcze potem rozmawiali. W ciągu miesiąca pobrali się i wprowadzili do nowego domu. Nikt kto poznał ich historię nie wierzył. Po jakimś czasie Kasia urodziła córeczkę, a po roku synka.
Gdy dzieci miały 6 i 7 lat przybiegły do domu z krzykiem:
-Mamo!!!!!!!!! Tato!!!!!!!!!!! Możemy je zatrzymać? .Są takie urocze, mimo, że takie biedna. Zgódźcie się…!!!
Rodzice spojrzeli po sobie i roześmieli się. Wiedzieli, że kotki zostaną i będą dorastać z dziećmi – wcale nie szybciej.
Historia siły miłości miała się powtórzyć.

TAKSÓWKI
Przy skrzyżowaniu ulic Piotrkowskiej i Trybunalskiej znajdował się postój taksówek. Nie były to zwykłe samochody z napisem „taxi”. Nosiły imiona, rozmawiały ze sobą i opowiadały sobie kogo to akurat wiozły. Wczoraj na postoju było jak zwykle głośno. Edzio zaczął tak:
- Dzisiaj wiozłem klauna!!! – a Tim mu odpowiedział:
- Zabawne, bo ja do cyrku wiozłem dwa tygrysy z treserem!!! Kierowca rozmawiał z tym panem, a ja uciąłem sobie miłą pogawędkę ze zwierzakami. I wiesz? One wcale nie mają tam źle. Są nawet zadowolone. Za dobrze wykonane zadanie dostają nagrody, jakieś smakołyki, pieszczoty…
- Takie duże koty i pieszczot potrzebują!! Nie do wiary – wtrąciła Zuza – A jak tam mają inne zwierzęta??
- Też są dobrze traktowane. Moi pasażerowie powiedzieli mi, że zadania wykonuje się dosyć łatwo, więc łatwo o nagrodę. Tygrysy za wielki przysmak uważają np. kawałek surowego mięsa, a foki uwielbiają ryby. Koniom wystarcza cukier. A co z tym klaunem??
- Hihi, on był bardzo zabawny – powiedział Edzio – w moim wnętrzu robił sobie charakteryzację… A że po drodze była dziurawa droga malował się bardzo… śmiesznie, nawet jak na klauna. Bo troszkę mu się farby rozlewały po twarzy. Myślę, że dzisiaj w cyrku dzieciaki będą miały większą uciechę!! No chyba, że sobie poprawi, ale spieszył się…
- Ach… Wy mieliście takie fajne kursy – westchnęła Zuza i w tym momencie rozdzwoniły się telefony. Wszystkie wolne taksówki dostały zlecenia, więc przyjaciele rozjechali się. Każdy w inną stronę, lecz wkrótce i tak się spotkały… Pod cyrkiem. Okazało się, że wielka atrakcja przyjechała do miasteczka ledwie na dwa dni i wszystkie dzieci w mieście chciały zobaczyć dzikie zwierzęta oraz akrobatów. Taksówki po pierwszej jeździe nie zdążyły porozmawiać, ponieważ nowe wezwania wciąż napływały.
Kiedy spotkały się dzisiaj rano najwięcej miała do opowiadania ta, która cyrkowców nie woziła.
- Nie uwierzycie!! Moje pierwsze dwa kursy to były dzieci z przyjęcia urodzinowego!! Strasznie rozkrzyczane i roześmiane. Niestety okazało się, że jubilat zjadł za dużo tortu i na dodatek miał chorobę lokomocyjną… Skończyło się płaczem, chociaż w cyrku już chyba z powrotem odzyskał humor. Gdy wyczyścili mi tapicerkę wezwali mnie po dziewczynkę z grubą ciotką. Pani była tak otyła, że zajmowała dwa siedzenia!! Dziewczynka jadła lody i… znowu musiałam pojechać do czyszczenia, a ostatnia jazda była z państwem z małpką!!! Na szczęście ta była grzeczna… Ach… ciężki wieczór, ale był ciekawy, nie powiem. A jak wasze?? – skończyła swoje opowiadanie Zuza
- Nieźle!!! Nasze kursy są niczym w porównaniu z twoimi. Chociaż ja miałem ich więcej i jestem padnięty. Kończę zmianę i trochę się zdrzemnę. Papa, kochani – odpowiedział Tim.
- A ja pójdę w jego ślady, też jestem zmęczony. Tylko niech mój pan mnie wymyje, uwielbiam być czyściutki.
- Tak, wtedy można dumnie jeździć po mieście!! – zawołała taksówka – Aaa, ja też marzę o śnie…

PIKNIK
W domu Kubusia zawsze panowało szczęście i radość. Cała rodzina kochała się i zawsze wzajemnie się wspierali. Chłopiec i jego dwie siostrzyczki, bliźniaczki wspólnie uczyli się i odrabiali lekcje. On był starszy, więc dzielnie im pomagał. Rodzice uwielbiali swoje dzieci, ale byli bardzo pochłonięci pracą. Bardzo często rodzeństwo odwiedzała babcia, która mieszkała niedaleko. Jednak starsza pani nie była już taka sprawna i bardzo często bywało tak, że Kubuś musiał radzić sobie sam.
W szkole u dzieci organizowana była wycieczka rowerowa połączona z piknikiem. Rodzice chętnie zgodzili się, aby ich pociechy pojechały. I tu znalazł się spory problem. Dziewczynki niedawno miały Pierwszą Komunię, więc miały rowery. Niestety okazało się, że ich brat ze swojego już wyrósł, a na nowy jeszcze nie zdążył uzbierać pieniążków. Rodziców nie chciał narażać na takie koszta. Postanowił zapytać w szkole, może ktoś miałby rodzeństwo w klasie i zgodził się pożyczyć pojazd.
- Cześć, Jurek!! Słyszałeś o tym pikniku??
- Tak, jasne. I wiem coś jeszcze!! Hihi, ponoć nie masz na czym jechać –zadrwił kolega – Oj, tym razem chyba zostaniesz w domu…
Chłopcu zrobiło się przykro, myślał, że kolega mu pomoże, że razem coś wymyślą, ale tamten myślał tylko o sobie – Jeszcze ci udowodnię, że pojadę!! Zobaczysz!! – wycieczka miała odbyć się w sobotę. Bliźniaczki zauważyły, że od poniedziałku ich brat jest jakiś nie w sosie. Próbowały go zagadywać, ale on zawsze zbywał je krótkim:
- Naprawdę, nic mi nie jest. Nie jestem chory. – ale im bardziej zbliżał się termin pikniku, tym bardziej smutniał. W czwartek jednak poszedł do mamy i powiedział jej o swoim problemie. Ta wysłuchała go, zrobiła zmartwioną minę i powiedziała, że teraz muszą troszkę bardziej oszczędzać, ponieważ ostatnio mieli dużo wydatków związanych z przyjęciem dziewczynek. Kubuś powiedział, że doskonale ją rozumie i, że to w końcu nie takie ważne. Na pewno będzie jeszcze dużo fajnych wycieczek. Wieczorem rodzice rozmawiali na poruszony wcześniej przez ich syna temat i przypadkiem usłyszały o tym ich córki. Zrobiło im się przykro, ale co dwie główki to nie jedna i szybko wymyśliły co na to można poradzić. Biegiem popędziły do brata.
- Kuba!! Kuba!! – przekrzykiwały się – Możesz jechać na wycieczkę!! Tylko jutro musimy zabrać się do roboty!! I to dosyć szybko!!
- Siostrzyczki!! O czym wy mówicie?? Już jutro piątek!! – wydawało się, że chłopiec już całkiem zrezygnował. – Nie zdążę pożyczyć od nikogo roweru…
- Oj braciszku!! – przerwała mu Klaudia – nasz sąsiad, pan Lenke kiedyś zajmował się rowerami. Siodełko i kierownicę można przedłużyć!!
- Hehe, nierealne. Jak mu się potem mam odwdzięczyć??
-W zimie zawsze odśnieżasz mu podwórko, a na jesień grabisz liście. Myślę, że zrobi to bezinteresownie. – wyjaśniła Kamila.
Dzieci poszły do sąsiada prosić o pomoc. Ten na miejscu się zgodził. Przyniósł kilka rurek, narzędzia i szybciutko zabrał się do pracy. Drugi sąsiad zobaczył przez płot poczynania z rowerem i zaproponował pomoc z malowaniu pojazdu. Zostało mu kiedyś trochę farby i lakieru z odnawiania samochodu, a teraz przeszkadzało mu to w garażu. Jemu Kubuś też często pomagał w ogrodzie. Po skończonej robocie rodzeństwo gorąco podziękowało sąsiadom i grzecznie się pożegnali.
W rezultacie w sobotę rano dzieci były gotowe do drogi. Mama przygotowała im suchy prowiant i picie. Uściskała je serdecznie i wysłała na wycieczkę. Chłopiec ogromnie podziękował siostrom, a one zapewniły go, że przecież są rodzeństwem i muszą sobie pomagać. W szkole Jurkowi opadła szczęka na widok odnowionego roweru. Okazało się, że teraz Kuba ma najładniejszy z całej grupy. Był bardzo szczęśliwy i pękał z dumy.
- Dziękuję, siostrzyczki!! Gdyby nie wy, siedziałbym teraz w domu…

PORZĄDEK POPŁACA
Jakiś czas temu w miasteczku "Cukiereczek" żyła sobie z mamą nieporządna Marysia. Dziewczynka wiecznie w pokoju miała bałagan, a jak mamusia prosiła ją, żeby posprzątała... hmm... zajmowało jej to pięć minutek. Zabawki do szafy, brudne ubrania pod łóżko... No i posprzątane... Pewnego razu dziecko było w szkole. Na jej nieszczęście pani wychowawczyni poprosiła Marysię, żeby została nieco dłużej aby posprzątać klasę. Dziewczynka, oczywiście "bardzo ochoczo" zabrała się do tej roboty. Pani widząc jej zapał poprosiła jej koleżanki, które mogły aby powiadomiły mamę dziecka, że się spóźni. Trzy z nich natychmiast wybrały się z wiadomością.
-Dzień dobry!! - wesoło przywitały się z rodzicielką naszej bohaterki - przyszłyśmy powiedzieć, żeby pani się nie martwiła o Marysię, bo pani w szkole poprosiła ją o wysprzątanie klasy.
-Witajcie dziewczynki, ach... żeby ona w domku była taka chętna do sprzątania... Za nic nie mogę jej zmusić...
-Hihi... ona chętna nie była... - nagle w głowie jednej z koleżanek zaświtał dobry pomysł - A ja wiem!!
-Co wiesz?? - wszyscy byli bardzo ciekawi.
-wiem co zrobić, żeby troszkę porządku się nauczyła!!!
-Ciekawe... ale jak..??
-Musiałaby się powstydzić!!! Czy możemy u niej posprzątać?? I zaczekać??
-Ale dziewczynki... To mi będzie głupio...
-To naprawdę żaden kłopot!!! A potem będzie już lepiej!!!
-No dobrze... Jeśli myślicie, że to pomoże...
Tymczasem w szkole praca Marysi posuwała się bardzo powoli, nie muszę chyba dodawać, że nie obyło się bez narzekań... A w pokoju dziewczynki praca wrzała, poduszki były trzepane, wszystkie zabawki równo poukładane, książki na półkach poukładane. Koleżanki nawet zadbały, aby na stoliku pojawił się malutki poczęstunek. Teraz wystarczyło usiąść i zaczekać... Nie minęło 15 minut i... do pokoju wpadła Marysia.
-Ojej, tu taki bałagan, a mama was tu wpuściła!!! - krzyczy rozgorączkowana dziewczynka rzucając plecak w kąt, nagle jednak go podnosi i układa koło biurka - Ejże... Co to ma znaczyć...?? -rozgląda się po pokoiku lekko zdezorientowana.
-No wiesz... Tak się troszkę nudziłyśmy i pomyślałyśmy, że jak nieco posprzątamy, to się tak troszkę przyjemniej zrobi...
-Tak, faktycznie - Marysia spuściła głowę - Hmm... Teraz mi strasznie głupio, i to chyba naprawdę niewiele trzeba do porządku... Dziękuję, że otworzyłyście mi oczy... Teraz porządek to moja dewiza!!!
-Haha, haha - przyjaciółki wybuchnęły serdecznym śmiechem - Kto ma ochotę na te pyszne ciasteczka??
-dziewczynki -do pokoju weszła mamusia- chciałam wam podziękować za tą metamorfozę Marysi, już myślałam, że zawsze będzie taka nieporządna. A tu troszkę wstydu i po sprawie...
-Och, mamusiu!!
Od tego dnia minęło już sporo czasu, a Marysia zawsze pamięta posprzątać pokój i postawić ciasteczka, bo gdyby przyszli niespodziewani goście...??

PRZYJACIELE
Staś i Karolinka od dawna byli dobrymi przyjaciółmi, przynajmniej tak się Stasiowi wydawało... Do czasu...
Mieszkali na wsi. Raz wybrali się wozem na przejażdżkę. Słoneczko świeciło, łąki pachniały, krowy pasły się leniwie.
- Wiesz Stasiu - zaczęła dziewczynka - mogłabym zjeść z tobą beczkę soli!! I nawet bym się nie skrzywiła.
- Hahaha, uważaj, bo każę ci to jeść! Haha.
- Jeśli każesz to zjem!!
I nagle wóz się lekko przechylił. Jechali piaszczystą, wyboistą drogą i okazało się, że urwało się koło. Dziewczyna zaczęła panikować i krzyczeć:
- Ratunku! Ratunku!! Koło się urwało!!! - i... uciekła.
- Karolina! Pomóż! Naprawimy! Sprowadź chociaż pomoc!! - próbował zatrzymać ją chłopiec, na nic, nie słyszała już.
Staś bardzo zmęczył się próbując sam naprawić koło. W końcu zrezygnowany usiadł na skraju drogi – nie mógł przecież zostawić wozu. Z nadzieją czekał na wsparcie. Liczył na koleżankę. Przeliczył się… Nikt nie nadchodził, a czas mijał. Na jego szczęście nieopodal przyjeżdżał Jacek, szkolny kolega. Chłopiec zawołał go i poprosił o pomoc. Gdy już wspólnie naprawili koło „wybawca” naszego bohatera zapytał:
- Ty tak sam jechałeś?? Pewnie w jakimś konkretnym celu i się spieszysz??
- Nie. Byłem z Karoliną… No i jak zdarzył się ten wypadek to ona uciekła. – odpowiedział zawstydzony Staś.
- No, tak. Te dziewczyny… Nawet pomocy nie sprowadziła.
- Właśnie. A wcześniej zarzekała się, że ze mną to beczkę soli… Trudno. Nie warto płakać po takiej przyjaźni.
Od czasu tamtej przejażdżki Staś zrozumiał, że ci, o których myślimy, że są naszymi przyjaciółmi czasami wcale nimi nie są i, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. A Karolina wyniosła z tej przygody tyle, że przyjaciołom należy pomagać.

SEN
Dawno temu w pięknej dolinie było wspaniałe królestwo. Wszyscy kochali się tam i szanowali. Król mądrze rządził swoimi poddanymi. Razem z królową miał pięknego synka.
Królewicza nazwano Michałkiem. Był naprawdę uroczym dzieckiem i każda napotkana osoba podziwiała go i pieściła.
Chłopiec bardzo lubił chodzić nad rzekę, która płynęła nieopodal. Stawiał małe młynki i moczył nóżki. Pewnego dnia zobaczył śliczną, kolorową rybkę.
Mieniła się tysiącem barw. Książę chciał lepiej się przypatrzyć jej, więc poszedł za nią kawałek w dół rzeki, ale wkrótce zawrócił, ponieważ wiedział, że nie może za daleko odejść. Rybka szybko do niego podpłynęła i zatrzymała .
- Królewiczu, zaczekaj! – odezwała się nieśmiało.
- Jeju!! Ryba, która mówi!! Czego ode mnie chcesz?? – odpowiedziało zdziwione dziecko.
- Widzisz, obserwowałam cię już od dłuższego czasu. Jesteś dzielnym i mądrym chłopcem. My, ryby, mamy problem… Tylko ty możesz nam pomóc… Acha, ja mam na imię Nita Michałek zgodził się, wsiadł na grzbiet Nity i ruszyli w głąb rzeki, która, jak się okazało, miała bardzo szerokie, rozległe dno. Z powierzchni nie było tego widać. Z brzegu woda była płytka, a teraz okazała się strasznie głęboka. Rybka zaczęła wyjaśniać, o co jej chodziło.
- Książę, zła ośmiornica porwała i uwięziła jedną z nas. Tylko ty możesz ją uwolnić… Wiem, że coś wymyślisz, aby nam pomóc.
- Dobrze, spróbuję. – odparł chłopiec i zamyślił się. Po chwili miał już wstępny plan. – Nita, czy twoi krewni włączą się w próbę uwolnienia tej pojmanej rybki?
- Tak, na pewno!! Taros będzie ci wdzięczny, tak nazywa się więzień ośmiornicy. - Więc, będę potrzebował jakieś miejsce, żeby powiadomić inne ryby o moim planie. Nita zgodziła się i zabrała księcia do rybnej szkoły. Gdy dotarli na miejsce, wyznaczył odpowiednie ryby do poszczególnych zadań.
- Wy trzy odwrócicie uwagę ośmiornicy, a wy dwie pomożecie mi uwolnić Tarosa. Z pewnością nie będzie to ani proste, ani zbyt bezpieczne, ale jak będziemy trzymać się razem, to damy radę. – mieszkańcy rzeki zgodzili się i razem z Michałkiem ruszyli na ratunek. Ośmiornica była naprawdę wielka. Rybki bardzo dobrze spełniły powierzone im funkcje, więc szybko uwolniły Tarosa. Natychmiast zaczął on dziękować księciu, który aż się zarumienił.
Chłopiec usłyszał swoje imię, ktoś go wołał i nagle…
- Synku!! Obudź się. Wstawaj szybciutko, śniadanie na stole. – powiedziała królowa i opuściła komnatę. Okazało się, że cały ten piękny świat był tylko snem, ale…
Michałek spojrzał na swoje skarpetki. Dlaczego były mokre…??

SYGNALIZACJA ŚWIETLNA
Gdzieś w Polsce znajdowało się miasteczko o ciekawej nazwie: „Bezpieczne”. Przez jego środek prowadziła ruchliwa ulica przy której była zamontowana sygnalizacja świetlna. Droga ta niestety biegła środkiem miasteczka. Aby dostać się do szkoły trzeba było przez nią przejść. W miasteczku mieszkało kilku urwisów, którzy nieraz na przerwach wybiegali na ulicę i na żółtym świetle przebiegali przez ulicę. Żeby zobaczyć „czy zdążą”. No, przecież nic nie mogło im się stać. Kierowcy zawsze strasznie się denerwowali. Na początku biegali tylko starsi chłopcy, później dołączyli do nich młodsi. Chcieli pokazać, że są odważni i dorośli, a poza tym polubili tę odrobinkę adrenaliny.
Pewnego zimowego dnia, kiedy świeciło słoneczko malcy znów wybiegli na drogę. Najwolniejszy, Krystian z pewnością wpadłby pod samochód gdyby nie refleks kierowcy, który szybko zahamował i skręcił. Niestety ulica była oblodzona. Samochodem lekko zarzuciło i obróciło go. W sumie zderzyły się trzy pojazdy. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Chłopiec stanął oszołomiony na chodniku. Pan, przed którego samochodem przebiegł Krystian podszedł do niego i zapytał o jego zdrowie i samopoczucie.
Całe zajście widział nauczyciel. Podszedł do grupki, złapał dwóch najbliższych urwisów za kołnierze i zaczął krzyczeć:
- Kto to wymyślił?! Czy zdajecie sobie sprawę co wam się mogło stać?! – pan Wolszczak, aż poczerwieniał na twarzy.
- Proszę pana, spokojnie. Chłopcy nie chcieli źle. Wygłupiali się. Proszę ich puścić. – wtrącił kierowca
- No dobrze, chwilowo jesteście uratowani, później porozmawiamy. A teraz marsz do szkoły!! Ktoś w międzyczasie wezwał już policję oraz pomoc drogową. Dorośli spisali protokół, wzięli swoje dane, na wszelki wypadek i porozjeżdżali się do domów. Nauczyciel wrócił do budynku. Uczniów wezwano do sekretariatu. Czekali tam na nich już pan dyrektor z panem Wolszczakiem. Przyszli z nosami pospuszczanymi na kwintę.
- Chłopcy, co tak smutno, - zaczął dyrektor - w końcu nic nikomu się nie stało. A wy musicie zapamiętać, że przechodzi się na zielonym świetle… No i zawsze należy się rozejrzeć czy nic nie jedzie.
- Dzisiaj mogło stać się wiele złego. Co powiedzielibyśmy waszym rodzicom??
- My przepraszamy, więcej tak nie zrobimy… - zadeklarowali zgodnie.
- No dobrze, ale bez kary się nie obejdzie. Przez dwa tygodnie będziecie przez godzinę po lekcjach pomagać pani woźnej wynosić śmieci, sprzątać klasy i teren wokół szkoły. Oczywiście powiadomimy waszych rodziców. A teraz do klasy, lekcja trwa już 10 minut!!
Malcy wyszli z nieco weselszymi minami, ale bardzo dręczyły ich sumienia. Później zawsze przykładnie przechodzili przez ulicę. Zrozumieli, że z tego wypadku mogli nie wyjść cało.

WIRUSY
Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za ośmioma rzekami (no, bo dlaczego zawsze ma być siedem...??) mieszkał sobie 13-letni Krzyś. Chłopiec miał komputer. Z domu niestety nie wychodził praktycznie w ogóle. Co chwilkę "łapały" go jakieś wirusy!! Raz katar, raz kaszel, innym razem jakaś nowa infekcja... To samo było z komputerem Krzysia. Niby miał internet, połączenie ze światem, ale te paskudne wirusy ciągle coś psuły... A to poczta nie dochodziła, a to maile same się rozsyłały (zawiruszone, oczywiście)... Dziecko i maszyna były dosyć zżyte (komputer oczywiście nie był całkiem zwyczajny, mógł porozumiewać się z chłopcem, odpowiadać na jego pytania).
Pewnego razu zakatarzono - kaszlący Krzyś przyszedł do swojego przyjaciela (tak już można o nich pisać, to byli przyjaciele), który sam sobie ledwo radził z kolejnym wirusem kasującym najciekawsze pliki i zaczął z nim rozmowę:
-Komputerku... Tak dłużej być nie może!! Ja się strasznie męczę, ty też!! Musimy coś z tymi paskudami zrobić...
-Tak, tak... Właściwie jest jedna szansa pozbycia się ich... ale to wcale nie takie proste... No i musiałbyś znaleźć sposób na sprowadzenie wirusów w jedno miejsce... To nie takie bezpieczne...
-Powiedz szybko co musiałbym zrobić!!! - dopytuje się ciekawie dziecko.
-Więc jest sobie taka planeta... Nazywa się "BUUM" - tu słychać śmiech. -Nie przerywaj!! No więc ta planeta wybucha raz na pięćdziesiąt lat, a w momencie wybuchu wszystko co się na niej znajduje zostaje uniestwione, po prostu znika z powierzchni Wszechświata.
-No to wystarczy zwabić wirusy i będzie po problemie!!! Kiedy jest kolejny termin wybuchu???
-W tym chyba największy problem... - mówi zmartwiony komputer - Planeta "BUUM" eksploduje dokładnie za 21 godzin i 23 minuty...
W pokoju przebiegł jęk rozpaczy... - Czy znasz możliwość zwabienia i wysłania wirusów w tym czasie???
-W prawym dolnym rogu szafy jest specjalna siateczka, najpierw musisz przemieścić na nią wirusy z siebie, nakaszl, nakichaj, wszystko co dasz radę. Teraz z drugą przejdź po całym domu i postaraj się wszystko ładnie wyzbierać, to nic, że ty ich nie widzisz. Teraz będziesz musiał działać sam... W tej szafie jest też rakietka, podłącz ją do mnie, zaprogramuję - maszyna dyktowała dosyć szybko, czas uciekał... - no więc kierunek: planeta BUUM. I twoje najważniejsze zaadanie: musisz przegrać caly program ze mnie, włożyć do rakietki razem z siateczkami i odpalić ją. Kurs już zaprogramowany... I tu musimy się pożegnać - komputer zawiesił głos...
-Ale co jest?? Przecież już będziesz czysty, już będzie ok!! - Krzyś nie może uwierzyć w słowa przyjaciela
-Nie... Będę doszczętnie wyczyszczony... Będę już tylko zwykłym komputerem... Ale na świecie nie będzie wirusów!! - dodał już weselej - Ojej!! Szybko, czas ucieka!! Przegrywaj ten mój program!!! Żegnaj, było mi z tobą bardzo dobrze!!
-Żegnaj, komputerku... Nigdy cię nie zapomnę, przyjacielu...
"PROGRAM ZGRANY, KOMPUTER WYCZYSZCZONY, ZERO PLIKÓW..." - Chłopcu poleciały łzy gdy odpalał rakietkę, ale wiedział, że to najlepsze co mógł zrobić...
"RAKIETA ODPALONA, 4, 3, 2, 1 START"
Dnia 22.03.2999 o godzinie 17.33 planeta "BUUM" zniknęła z powierzchni Wszechświata na 50 lat, a wraz z nią ludzkość uwolniła się od wszelkich wirusów.
Krzyś już nie chorował, a jako mądry chłopiec przerobił stary komputer na najnowszy model, oczywiście bez jakichkolwiek WIRUSÓW!!!

WESOŁY UŚMIECH
Jakiś czas temu w dolince "Wesoły uśmiech" mieszkał sobie smutny Tomek. Chłopiec był smutny, ponieważ wszyscy zawsze czegoś od niego chcieli. Dziecko było bardzo ambitne i gdy tylko ktoś podchodził i zaczynał mówić:
-Tomeczku, zrobiłbyś mi dzisiaj zakupy?? - to on już był w drodze do sklepu... Nigdy wiele nie mówił, i od przyjaciół właściwie stronił... No, nie miał ich... Jakoś nie starczało mu czasu... W szkole był najlepszy, zawsze z wzorowymi wynikami i... ze smutną minką... Więc pewnego razu jego klasa z wychowawczynią stwierdziła, że dalej tak być nie może, a zbliżały się urodzinki chłopca... Nad "wesołą dolinką" zawsze świeciła tęcza, była ona na tyle niezwykła, że można było po niej chodzić!! Tam przyjaciele (wszyscy pragnęli nimi być) umieścili prezent: WIELKĄ PACZKĘ Z WIECZNYM SZCZĘŚCIEM. Teraz trzeba było tylko nakłonić chłopca do wspólnej zabawy. Koledzy z klasy zorganizowali muzykę i jedzenie, hmm... pyszne smakołyki, a dziewczynki miały za zadanie przekonać niechętnego Tomka.
-Dziewczyny... ja muszę się troszkę pouczyć, jutro kartkówka... - próbował się wykręcić, lecz tu pani wychowawczyni zapewniła go, że kartkówkę odwoła, a on niech się nieco zabawi...
-Ech... no dobrze, co mi szkodzi... Ten jeden raz... – powiedział niezbyt entuzjastycznie.
-Taaak!!! - rozległ się triumfalny okrzyk - Hip, hip, huurra, hip, hip, huura. Na cześć Tomka!!!
-Teraz jeszcze musisz stanąć pod tęczą i rozbić paczkę!!! - chłopiec szybciutko zrobił o co go poproszono. Od tego czasu już zawsze był uśmiechnięty i po dolince "wesoły uśmiech" chodziły już tylko osoby zadowolone. Tomek, o dziwo, zaczął znajdywać wolny czas i bawić się z rówieśnikami. Już zawsze był szczęśliwy...



go to top Go To Top go to top

 
Koszty pozyskiwania szpiku
Test dawców
Strategia doboru dawcy
Jak zostać Dawcą i jak wygląda procedura
Przeszczepy szpiku kostnego
Laboratoria
Nasz baner
Pomagają nam
Potrzebna Krew
Fundacja Kaszubska
Wpłata kartą kredytową na konto Fundacji


Telefon do
Kliniki Hematologii Dziecięj we Wrocławiu,
Odzial Transplantacji Szpiku i Terapii Genowej,
ul. Bujwida 44,
tel. (0-71) 320-04-00

Telefon do
kliniki Hematologii AM
w Gdańsku :
058 349-28-71/74
border borderborder border
     
border
border
border border
border border border border
border border border border

Advertisement