border border border border
border
     
border border
Pomoc dla Asi
border border
 arrow 
   Strona Główna arrow Prace Asi Dzisiaj jest wtorek, 17 wrzesień 2019
border border

 
Menu serwisu
Strona Główna
Epitafium
Dla Asi
Strona Główna - Historia
Strona główna - Historia 2
Galeria
Prace Asi
Kącik Asi
Kalendarium
Skrócone kalendarium medyczne
Księga gości
Ciekawe
English version
Aukcje Allegro dla Asi
Artykuły z prasy
Info dla rodzin i pacjentów
O Asi
Środki
Zaświadczenia lekarskie
Prawidłowe wyniki morfologii
Aktualne wyniki morfologii Asi
Mail do Asi

Telefon do Asi szkoly w Kościerzynie :
058 686-83-32



Prace Asi

Wiersze
Opowiadania
Przedstawienia
Autobiografia
Zapiski
Z pamiętników
Różności
Listy do domu


SPOKÓJ SERCA
Z Blinkusiem zaczęło się, tak oficjalnie dopiero 18-go (kwiecień 2003 – dopisek taty), ale przyjęliśmy datę 17-go. Byliśmy u niego w domku, słuchaliśmy sporo muzyki, planowaliśmy szkolną wycieczkę. Tym razem byłam pewna, że chcę aby on mi towarzyszył. Mieliśmy jechać na dwa tygodnie w Bieszczady, 14-go maja (to niestety nie zdążyło wypalić…). W pewnym momencie leżeliśmy na kanapie. Niby nic złego nie robiliśmy. Wszedł jego bracki. Zrobił się trochę czerwony, a ja go poprosiłam, żeby na drugi raz pukał. Spoko, drugi raz zapukał…
Tylko, że nie zaczekał na „proszę”.
Spadłam z łóżka, było śmiesznie.
Przez następne dni byliśmy najszczęśliwszą parą w szkole. Mogliśmy przebywać ze sobą cały czas. Niestety, tylko do 6-go maja. Wtedy nawet nie mogłam się z nim pożegnać.
Zawsze uwielbiałam i bardzo dużo czytałam. Na oddziale to było moje główne zajęcie. Książki sensacyjne, przygodowe, z wątkami romantycznymi, prawnicze i moje kochane thrillery medyczne Cook’a. Pochłaniałam losy kolejnych bohaterów, upodabniałam się z nimi i wyobrażałam różne sytuacje.
W tym czasie zrobiłam się bardziej otwarta i ciekawa relacji damsko – męskich. Zaczęłam sporo o tym myśleć i raz nawet napisałam do Misiaczka smsa: „Może jestem trochę niepoważna, ale czasami mam ochotę na miłość fizyczną”.
Potem trochę się ze mnie śmiał, mówił, że mogłam to normalnie ująć. Faktycznie, wyglądało to może nieco komicznie, ale chciałam się jakoś przełamać. Od tego czasu zaczęliśmy więcej o sobie rozmawiać. O naszych planach, o życiu i w końcu, o tej wydawałoby się, tak wstydliwej rzeczy jaką jest sex dla większości nastolatków.
Oczywiście na rozmowach się zawsze kończyło.
Dla zabawy maskotkom ponadawaliśmy imiona, naszych znajomych poprosiliśmy, żeby byli chrzestnymi. Było zabawnie. Część zabawek była u niego, część u mnie. Codziennie zdawaliśmy sobie relację „co tam u dzieciaków”. Takie rozmowy jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyły.

POCZĄTEK (CHOROBY - dopisek taty)
5-ty (5 maj 2003 - dopisek taty)maja zaczął się normalnie. Wstałam rano, wyszykowałam się do szkoły i wyszłam. Po szkole miałam iść z mamą i poszłam na morfologię.
Do szkoły prawie zawsze szłam z Natalią. Umawiałyśmy się po drodze. Tego dnia troszkę się spóźniłam. Nasza trasa w pewnym miejscu prowadzi pod górkę, koło cmentarza, a ja szłam dosyć szybko. Miałam na sobie długi płaszcz i dosyć ciężki plecak. Lekko się zmachałam, więc po drodze chwilkę odpoczęłam. Pomyślałam, że to nic takiego, po prostu brak kondycji. Już dawno chciałam zacząć biegać, tylko u mnie niestety na chęciach często się kończy.
W szkole nic specjalnego się nie działo, a potem poszłam po mamę do pracy i na badanie.
6-go pierwsza była matematyka, potem biologia. Od pewnego czasu uwielbiałam ten przedmiot. Byłam superaśnie przygotowana i akurat chciałam odpowiadać gdy weszła pani sekretarka i poprosiła mnie na korytarz. Jak wyszłam trochę mnie zgasiło.
Czekał tata i powiedział, że mam się zbierać. Jedziemy do szpitala. Byłam kompletnie zdezorientowana i łzy stanęły mi w oczach. Zapytałam tylko co się stało, a tata, że musimy zrobić badania. Szybko wróciłam do klasy, zostawiłam Natalii kluczyk od szafki (gapa znowu zapomniała) i wyszłam.
Najpierw pojechaliśmy po mamę do wypożyczalni. Jak ją zobaczyłam wiedziałam, że cosik jest nie tak. Była trochę zapłakana i zdenerwowana. Dowiedziałam się tylko, że dzwonili z laboratorium i kazali jechać do Gdańska. Jak rodzice dzwonili do Akademii, to tam polecili przedyktować wyniki i nie czekając na zbyt wiele przyjeżdżać. Teraz biegiem do domu spakować się i w drogę. Żalowałam, bo nawet nie zdążyłam się z nikim pożegnać. W między czasie dostałam smsa od Marty „dlaczego nie kupiłam chleba?”. Wracając ze szkoły mijałam najlepszą piekarnie w mieście, więc robiłam w niej zakupy. Tym razem nie bardzo miałam okazję.
Na miejscu zrobili mi kolejną morfologię, zakwaterowali na „dole”, na Oddziale Dziennym, bo na Hematologii nie było miejsca. Dla mnie to nawet było lepiej. Czekając na wyniki poszliśmy na obiad. Niedaleko była knajpka. W prawym zgięciu łokcia miałam założony weflon. Po raz pierwszy w życiu. Strasznie bałam się zginać rękę i w rezultacie śmiesznie wyglądało jak jadłam.
Po powrocie przyjął nas dr Wlazłowski. Powiedział, że to na pewno trochę potrwa…
Pomyślałam, że może z jakiś tydzień. Wtedy było to dla mnie tak dużo czasu, że poryczałam się i nie mogłam się uspokoić.
Wieczorkiem zapoznałam Michała. Leżał na sali poprzeszczapowej. Był już dosyć długo po przeszczepie, teraz miał jakąś dwutygodniową kontrolę. Miał 10 lat, okazał się nawet fajny.
Koło 22.00 rodzice zbierali się do domku. Następnego dnia mieli być w okolicach 10.00.
Mój nowy kumpel był z Elbląga. Jego mama nie była z nim cały czas, ale był tam już nieźle obeznany. Z siostrami, lekarzami. Zabieraliśmy go ze sobą na spacery do pobliskiego parku, żeby nie musiał cały czas siedzieć sam na sali.
Ja przez pierwszy okres pobytu w Akademii siedziałam na łóżku, sporo czytałam, oglądałam płytki na DVD i objadałam się. Wtedy nie miałam żadnych ograniczeń pokarmowych, a zaczynały się wszystkie pyszne owoce. Szczególnie winogrona. W ciągu dwóch tygodni przytyłam chyba ze 2 lub 4 kilo.
9-go maja rodzice poszli na „górę” do lekarza, tam była dyżurka. Ja w tym czasie jadłam obiad i jak go skończyłam poszłam odnieść talerz.
Kuchnia też była piętro wyżej. Schodząc zobaczyłam wychodzących rodziców. Mama była kompletnie zapłakana, tata zmartwiony, a jakaś pani w białym kitlu (pani psycholog) próbowała im cosik tłumaczyć.
Pomyślałam, że sami mi wszystko powiedzą i poszłam do sali. Z małą niecierpliwością czekałam na rodziców. Chwilkę trwało zanim zeszli. Tego dnia Michał też chciał się z nami zabrać na spacerek, ale tym razem czekała nas poważniejsza rozmowa. Chłopak został.
W parku znaleźliśmy wolną ławeczkę i wtedy dowiedziałam się co mi jest. Zespół Mielodysplastyczny niewiele mi mówił. Tata opowiadał spokojnie, że to może przekształcić się w Ostrą Białaczkę Szpikową. Bardzo ważny jest czas, nie skutkuje żadna chemia i w grę wchodzi jedynie przeszczep szpiku. Nie przeraziło mnie to. Noc wcześniej zastanawiałam się co by było gdybym miała białaczkę. Nie wiem skąd te myśli, ale przyjęłam to naprawdę spokojnie.
Jak rodzice zapytali lekarza co oni mogą zrobić, odpowiedź brzmiała: „Zbierać pieniądze”. Więc nasuwa się kolejne pytanie: „Ile?? Bo może jutro będą w stanie tą kasę wyłożyć…??” „Dużo, nikt nie wie ile. Po prostu trzeba się zabezpieczyć.”
Tata nocami siedział przy telefonach i internecie. Chciał dowiedzieć się jak najwięcej. Wszyscy myśleli o zbieraniu środków.
Wielu ludzi zaczęło się angażować. Ruszyła Akcja „Podaruj Asi Życie”. Do pomocy włączyły się gazety, aktywnie ruszyła kwesta na ulicach Kościerzyny, okolic i Trójmiasta. Zdziwiło mnie, ze znalazło się aż tylu zainteresowanych. Mnóstwo znajomych i nie znajomych swój czas przeznaczało w mojej sprawie. To było bardzo miłe.
Po kilku dniach odwiedziła mnie grupka ludzi ze szkoły z Panią Dyrektor. Dawid też przyjechał. Jeszcze wtedy nie wiedzieli co mi jest, sama chciałam im powiedzieć. Zasmuciłam ich trochę. Misiek później powiedział mi, że wtedy po raz pierwszy zrobiło mu się bardzo przykro, chciało mu się płakać. Bał się o mnie. Dostałam wtedy fajniastego pluszowego lwa. W czasie mojego pobytu na oddziale jeszcze kilka razy odwiedzili mnie znajomi.
Jak już wcześniej pisałam, 14-go maja planowałam wycieczkę w góry. Przez dwa tygodnie smsowałam i gadałam przez telefon z wycieczkowiczami.
Nadal załatwiałam niektóre sprawy sercowe kumpli.
Do Blinkusia tęskniłam najbardziej. Jak w®ócili byłam niedługo po założeniu „kateteru”. Mój Misiaczek sam do mnie przyjechał, tylko na chwilkę. Przywiózł mi prezenty, chwilkę posiedział, opowiedział troszeczkę i musiał jechać.
Byłam zmęczona.
Wreszcie, prawie po miesiącu dostałam pierwszą przepustkę!! Byłam taka szczęśliwa. Pojawiły mi się łzy w oczach. Od razu dzwoniłam do domku i znajomych. W domu Martusia, Bartek (jej chłopak) i Łukaszek ostro zabrali się do pracy. Trzeba było wszystko wysprzątać na błysk, zlikwidować dywany, firanki. W domku lśniło. Już wtedy Rino dostał „eksmisję” na dół.
Teraz prawie codziennie mam gości, średnio dwie osoby. Powinni być tak z pół godzinki, ale zawsze udaje mi się „wyciągnąć” jeszcze troszkę więcej czasu.
"KALENDARIUM 1.06.2003 FESTYN z okazji dnia dziecka w Kościerzynie pod hasłem "Podaruj Asi Życie!!!" transmitowany na żywo przez Kościerska Telewizje Vectra. W organizację dochodowej części festynu zaangażowanych była cała masa ludzi. Wielu wcześniej nie znaliśmy. Waldek Baszanowski "dowodził". Charytatywnie zagrały zespoły: "Sandry" i ponownie PZWL.. Gastronomia zorganizowana na bazie otrzymanych od sponsorów produktów obsługiwana była przez Rafała i Lucynę Jakusz oraz Natalię Pachur i Magdę Wołoszyk. Licytację przedmiotów przekazanych na aukcję prowadził Maciej Mrozewski wspomagany przez niezawodną ekipę z Prywatnego Zespołu Szkół "Prymus" z dyrektor Asią Szwed na czele. Samochód rajdowy z Automobilklubu "Orski" oraz motocykliści z klubu "Blue Knigfts - Poland" wozili dzieci na swych wspaniałych maszynach - wpływy przeznaczając dla Asi. Bożenka i Piotr Kuchta zorganizowali i prowadzili loterię fantową - wspaniała robota. Nie zabrakło również Marty - siostry Asi, jej chłopaka oraz ich koleżanek. I mnóstwo, mnóstwo innych. Nie sposób Ich wymienić. Wspólną cechą było to, że wszyscy dokładali swoją cegiełkę dla Asi. Wpływy z festynu przekroczyły 8.000 zł - dziękujemy. "

W tym czasie byłam na przepustce w domku. Pomagałam troszkę przygotowywać fanty. Bardzo chciałam tam iść, niom, ale zbyt duże ryzyko. Zbyt wielu ludzi. Potem mi opowiadali. Hehe. Wesoło było. 3-go pojechaliśmy na kontrolę do Akademii. Wyniki pozwoliły dalej wracać do domku. Kolejna wizyta zapowiedziana była na 12-go. 5-go wieczorem źle się poczułam. Wymiotowałam. Rodzice skontaktowali się z Kliniką i na razie mieliśmy czekać. Po jakimś czasie uspokoiło się. Następnego dnia w „Texasie” (klub) odbył się koncert zespołu „Von Zeit” z Trójmiasta. Gucio poszedł i dostałam płytkę z autografami. Mówił, że wykonawcy byli bardzo fajni i nieźle grali. Przekonałam się o tym, chociaż muzyka ta jest dosyć specyficzna.

IMPREZY
W lutym (2002 r)były rekolekcje. Mieliśmy chodzić dwa razy dziennie. Byłam tylko na pierwszych… Potem urywaliśmy się z chłopakami, czasami szła z nami Patrycja. Miałam małego stracha, ale to była frajda. Coraz bardziej zżywałam się z chłopakami. Na jednej „zrywce” jeździliśmy autobusem po Kościerzynie, a potem poszliśmy do Blinkusia, na innej wybraliśmy się do Słońca (Krystiana z III). Poczęstowali mnie winem, było okropne i więcej go nie wzięłam. Przeważnie było tak, że kupowali sobie po piwie, a mi i Patrycji soczek pomarańczowy „Tymbark”. Potem miałam sporo kapsli z różnymi napisami. Oni sami trochę popalali, ale mnie do niczego nie zmuszali. Szanowali moje zdanie. Raz wybraliśmy się do mnie. Szliśmy dosyć długo, bo mieszkam praktycznie na drugim końcu miasta. U mnie było grzeczniutko, nie chciałam podpaść. Chwilę pograliśmy w bilarda, posiedzieliśmy u mnie w pokoju przy muzyce i chłopcy się zbierali.
Rekolekcje dobiegły końca. Po lekcjach spotykaliśmy się jeszcze częściej na imprezach. Przeważnie u Niunia (Wojtka z II). Szliśmy do niego po lekcjach i bawiliśmy się do ok. 15. Wtedy nikogo nie było u niego w domku. Zwykle zostawał „mały” bałagan. Jakieś chrupki, cukierki, papierki, trochę porozlewanych napojów… Pomagałam Niuniowi sprzątać. W końcu on się narażał… Na tych spotkaniach robiliśmy np. koreczki. Fajnie było. Sama od czasu do czasu napiłam się łyka piwa z colą. Nawet nieźle smakowało. Najwięcej chyba zdażyło mi się wypić z pół puszki piwa. Mimo, że Wojtek chodził z Patrycją nie zapraszał jej zbyt często, a mnie zawsze… Mimo, że wtedy uważałam ją za przyjaciółkę nie przeszkadzało mi to. Byłam nawet dumna. Bardziej zależało mu na mojej przyjaźni.
Zdarzało się, że ktoś się upił. To były komiczne sytuacje, ale też zdarzały się nieprzyjemne incydenty.

PIERWSZY DZIEŃ W SZKOLE
Po wakacjach (w 2002 r.)szłam do nowej szkoły. „Prywatnego Zespołu Szkół Prymus”. Miałam nadzieję, że tam będzie lepiej.
Pierwszego dnia jeszcze kompletnie nie wiedziałam jak się zachowywać. Zastanawiałam się czy przyjąć postawę buntowniczki czy grzecznej uczennicy. Bałam się trochę nowego środowiska i nie chciałam wypaść jako słaba osóbka. Z podstawówki nie miałam zbyt fajnych ostatnich wspomnień, więc planowałam pokazać, że nie łatwo ze mną zadzierać. Na początek planowałam trzymać się nieco z boku, żeby wybadać sytuację.
Jak zwykle miałam problem w co się ubrać i w rezultacie nie wyglądałam najlepiej. Założyłam zwykłe jeans’y, bluzę polarową, białą bluzeczkę na ramiączkach i adidasy. Wzięłam ze sobą plecak. Nie jakiś mały, na notesik i długopis… Duży, szkolny plecak. A do niego wrzuciłam piłeczkę tenisową i czapeczkę z daszkiem.
Koleżanki dziwnie na mnie patrzyły, a mi było trochę głupio. Rodzice „nowych” zwykle byli na rozpoczęciu, więc mi też zależało. Najpierw szliśmy do kościoła (tylko uczniowie), a potem do dużej sali w szkole.
Mama troszkę się spóźniła, ale była.
Po rozpoczęciu przekazała mi od Pani Małgosi, że strzeliłam wielką gafę z tym strojem, już na samym początku… Ale to się da jeszcze naprawić.
Najbardziej (jako jedyną) znałam Natalię. Jak rozdawali szafki (dwuosobowe) zgłosiłyśmy się razem.
Pierwsze lekcje były w porządku, zapoznawanie z programem, z nauczycielami i sobą. Dość duży luz, ale wcale nie długo, bo już wkrótce zaczęła się porządniejsza nauka. Chciałam być najlepsza. Zauważyłam, że w tej klasie to wcale nie będzie aż takie proste. Ale „rywale” (kilka dziewczyn) działały mobilizująco. Tak jak Radek K. w podstawówce.
Moja pierwsza gafa była zaraz po lekcji matematyki… Wychodziłam z klasy (często zbierałam się pierwsza) i kolega zapytał jak było. Rzuciłam: „strasznie źle” i… obróciłam się. Za mną stał pan. Oops…
Miałam ochotę zapaść się pod ziemię, tym bardziej, że wcale tak źle nie było. Powiedziałam to dla przekory.
A zadziorna moja dusza dała o sobie znać już drugiego dnia szkoły. Pierwsza sprzeczka: Asia kontra Przemek. Ale co ja mogę poradzić jak ktoś mnie zaczepia…?? Spokojnie siedziałam sobie w ławeczce i jadłam śniadanko (na przerwach mogliśmy być na korytarzu lub w klasach, jak było cieplej to też wychodziliśmy przed szkołę, „na murek”, tam świeciło słoneczko). Przemuś podszedł do mnie z tyłu i zaczął majstrować coś przy włosach (moich). Powiedziałam, żeby przestał, ale nie dawał za wygraną. Dokończyłam gryza kanapki, spakowałam ją i się podniosłam. On zdążył usiąść. Jak podeszłam, wstał. Zaczęliśmy się siłować. Wbiłam mu lekko paznokcie w dłoń. Zaskoczyła mnie jego reakcja, bo był zły, ale prawie płakał. Uznałam to trochę za dziecinne. Potem byłam z tego zadowolona i z przyjemnością mówiłam o tym zdarzeniu. Myślałam, że to trochę imponuje, szczególnie starszym. I może rzeczywiście??
Na lekcje angielskiego i niemieckiego zostaliśmy podzieleni na dwie grupy, zaawansowaną i początkującą. Tu i tu trafiłam wyżej. Byłam bardzo zadowolona. Na anglika z mojej klasy poszliśmy w 5-tkę do klasy wyżej, a na niemcu była większość klasy.

POCZĄTEK Z CHŁOPCAMI
Jeśli chodzi o chłopaków od samego początku byłam okropna… Najpierw bardzo spodobał mi się Michał Stawski. Chłopak z III gim. Na przerwach przeważnie przesiadywałam z nim i Marshallem. W zasadzie sama za nimi łaziłam, teraz myślę, że to mogło być dość nachalne…
Często po szkole chodziłam do wypożyczalni lub w jej stronę, bo oni mieszkali w tamtym kierunku. Odprowadzałam ich. W III było 8 chłopaków, myślę, że najfajniejsza klasa w szkole. Na sztukę mieli kręcić film. Potrzebowali aktorkę. Miałam fuksa, bo Karolina z II odmówiła (Jerry, czyli Stawski najpierw jej zaproponował tę rolę…). W sumie nie nakręciliśmy zbyt wiele. Scenariusz przewidywał jakby 4 plany. Myśmy nagrali dwa. Było mnóstwo zabawnych sytuacji i żałowałam, że nie skończyliśmy. Jak zawsze miałam problem z ciuchami. Miałam być dość elegancka. (to była parodia „Z archiwum X”, ja grałam Danę Scully, a Jerry Muldera). Pierwszy raz miałam czarną bluzeczkę na ramiączkach, a na niej drugą bluzeczkę z siateczki w tym samym kolorze, czarną mini (pożyczoną od Patrycji z mojej klasy) i do tego buty mojej mamy na wielgaśnej koturnie. Po pierwszej półgodzinie nogi mi odpadały…
Drugi raz na planie spotkaliśmy się po dość długim czasie…
Włosy urosły mi troszkę, kształt nieco się zaokrąglił… Bluzeczka zmieniła kolor na biały, a buty straciły koturny. Teraz było mi o wiele wygodniej, tylko gdyby ktoś oglądał ten film nieźle by się uśmiał… Cała akcja toczyła się jednego dnia.
W listopadzie poszłam z Patrycją do jej starej podstawówki (do „dwójki”) na dyskotekę. Już od jakiegoś czasu podobał mi się Damian…
Znałam go dawno i już kiedyś chciałam z nim chodzić. Zaznajomiła mnie z nim Weronika (z podstawówki). Powinien być w II gim, a on jeszcze siedział w szóstej… Miał jakieś sprawy w sądzie…
Na tej dysce ześwirowałam lekko. Byłam z nim koło trzech tygodni, chociaż oficjalnego zerwania nie było – ja przyjęłam taki czas…
Pani Małgosia, rodzice byli przeciwni temu związkowi. Spotykałam się z nim trochę po kryjomu. Wychodziłam wcześniej do szkoły, żeby go spotkać, wracałam później, bo czasami chodziliśmy po lekcjach do Parku Jordanowskiego niedaleko szkoły. Czasem udało mi się zerwać z końcówki w-f’u, żeby gdzieś się z nim poszlajać…
W międzyczasie były moje urodziny. Przed nimi tak ładnie opowiadał o moim prezencie, ale nie zdradził co to było.
Zaprosiłam kilka osób, nie wszyscy przyszli. Mi najbardziej zależało na Damianie… Mieszkał wtedy u babci w Lubaniu.
Gdy nie przychodził przez jakąś godzinę, zadzwoniłam. Myślałam, że się załamię jak przez telefon mi powiedział, że… zapomniał. Jeszcze zdążył na autobus i przyjechał. Tylko prezent wyleciał mu z głowy, miał mi go później przynieść. Do dzisiaj nie wiem co to miało być.
Cała impreza była bardzo fajna, nieźle się bawiłam.
Po Damianie moje uczucia zaczęłam lokować w Dawidzie, chociaż szczerze mówiąc to on pierwszy chyba mnie zauważył. Ze szkołą co dwa tygodnie jeździliśmy na basen. Zawsze starałam się siadać jak najbardziej z tyłu, z „elitą” (paczka z III gim). Często miałam coś słodkiego, jakieś owoce i chłopcy dosyć chętnie zgadzali się na moje towarzystwo. Było bardzo miło, w końcu mogłam siedzieć na ostatnich siedzeniach. Wygłupialiśmy się, u nas zwykle było najgłośniej. Trochę było mi żal, bo nie trudno było mi się domyślać, że oni mnie nieco wykorzystują z tym prowiantem, ale dawałam radę . Zaczepiłam się do „elity”!!
Na przerwach była 7-mka, 5-ciu łebków z III gim, jeden z II i JA!!
Oczywiście inni też przychodzili, ale do nich nie czułam nic szczególnego, a dziewczyn w ogóle nie traktowałam jak rywalki.
Z Dawidem to na poważnie zaczęło się po szkolnej Wigilii, 18-go grudnia. Całą ekipą zajęliśmy miejsca przy końcu stołu. Byliśmy paczką i bardzo dobrze czuliśmy się w swoim towarzystwie. Jedzonko było smaczne, życzonka śliczne, prezenty komiczne, zaskakujące, miłe (każdy losował wcześniej osobę, której kupował prezent, w klasach). Dobrze się bawiliśmy.
Po uroczystości Blinkuś (Dawid) odprowadził mnie do domku. Po drodze zahaczyliśmy o Kapliczne. Trochę poślizgaliśmy się po lodzie. Ja raz się wywaliłam. Wtedy zadzwonili rodzice (znali czas końca Wigilii), a ja strzeliłam, że jesteśmy na Kapce…
Po powrocie miałam niezbyt miłą rozmowę. Nie pomyślałam, a w tym czasie temperatuy wahały się miedzy +1, a -1…
Sylwka chciałam spędzać z przyjaciółmi. Kruchy zadzwonił po południu i zaprosił mnie do Bici’ego. Ale mój tatuś stwierdził, że nie mogę iść… Byłam zła. Kolejne powitanie Nowego Roku w domu z rodzicami… Kolejny raz tata okupywał komputer, a my z mamą telewizor.
O 00.00 złożyliśmy sobie życzenia, wypiliśmy po lampce szampana i każdy wrócił do swoich zajęć…
Za jakąś chwilę zadzwonił telefon. Do mnie!! To chłopcy!! Zgasili mnie, nie myślałam, że będą chcieli dzwonić. Byłam happy!!
O 1.53 dostałam sms’a od Blinky’ego… „Czy chcesz ze mną chodzić?” No i tu jeszcze większa radość. Nie odpisałam od razu. Odłożyłam komórkę i pomyślałam, że dobrze mu zrobi jak jeszcze troszkę sobie poczeka, a poza tym chciałam tą sprawę załatwić w nieco inny sposób.
W okolicach południa napisałam Dawidowi żeby był koło kawiarenki (osobiście chciałam mu odpowiedzieć). Wzięłam psa „na spacer” i nie czekając na odpowiedź, poszłam na spotkanie…
Mojego Kochania nie było, więc wróciłam do domku. Zadzwonił około 15.00.
Rano nie miałam zamiaru się z nim wiązać… Zamierzałam powiedzieć, że wolę go jako kumpla… W końcu „zmusiłam” go, żeby sam się zapytał o to chodzenie, a ja odpowiedziałam, że tak…
8-go, po szkole Blinkuś odprowadził mnie do Patrycji kwiaciarni.
Dostałam różę. Chciał, żebym sama ją wybrała, ale w końcu poprosiłam o to ekspedientkę.
Była śliczna… Ale w drodze do domu (nie pomyślałam, żeby włożyć pod płaszcz) zmarzła… no i w rezultacie zwiędła. Ususzyłam ją.
Dosyć często Dawid mnie odprowadzał. Lubił mnie wtedy drażnić. Nazywał mnie: „Tobiasz”. Mocno mnie to wkurzało. 17-go stycznia zerwałam z nim. Po dyskotece.
Wieczorem jeszcze zadzwonił. Zapytał dlaczego, powiedział, że gdyby wiedział to na dyskę by nie poszedł. A mi było smutno, ale nie chciałam mieć chłopaka.
Po jakimś czasie przyszedł czas na Marszalla… Ale tym razem nie tak na poważnie. Ja zapytałam go czy on chce tak na serio, a odpowiedź brzmiała nieprzekonywująco. Dla mnie było super, bo nie chciałam się angażować, a zabawić trochę – owszem. Pod koniec tej fascynacji były pocałunki, w zasadzie w celu nauki… Z czasem był coraz lepszy. Mi jednak znowu wróciły małe wyrzuty, że go wykorzystuję…
14 lutego „Prymus” organizował walentynki. Michał po mnie przyszedł i dostałam śłiczną różę i złote serduszko. Poszliśmy razem. Bawiłam się i z nim i z Dawidem, do którego serduszko zaczęło czuć sentymenty…
Wróciłam z drugą różą. Byłam dosyć szczęśliwa.
Wolna, a z chłopcami miałam dobry kontakt. Ale wtedy zaczął się mój problem. Blinkuś zaczął mieć dość moich zmiennych uczuć i zainteresował Majką… W zasadzie nie wiem czy byli szczęśliwi. Czasami zachowywał się jakby jej nie było, a czasami jakby istniała tylko ona…
Dochodziły mnie słuchy, że Majka go zdadza, on z nią na żarty chodzi. Próbowałam go odzyskać. Wytłumaczyłam mu wszystko co było z Marshallem. Sytuacja jakby nieco się poprawiła, ale mną zainteresował się Stawski!!! A mi trudno było być obojętną…
Jakoś w marcu, kwietniu był „Przegląd Teatralny” czy „Niebieskie Tarcze”. Grałam w naszym kółku. Grupę „Impuls” prowadził pan Darek Troka. Wygraliśmy i w nagrodę jechaliśmy do McDonalds’a, kina i do Aquaparku. Było super!!
Najwięcej czasu spędzałam z Jerry’m… Wycieczka była chyba w czwartek, a ja następnego dnia nie szłam do szkoły. Przeziębiłam się i zostałam w domu. Po lekcjach z różą wpadł do mnie Michał…
No i padło „to” pytanie, a za nim, oczywiście, moja niezbyt rozsądna odpowiedź… Ech… Ile jeszcze błędów??
Rozmawialiśmy o planach na wakacje. Powiedziałam, że chciałabym jechać do Hiszpanii. Jemu jakby zależało, żeby jechać ze mną. Nawet po jakimś czasie w szkole pytał się czy już się rozglądałam za ofertami… Dla mnie to było nieco krępujące, bo szczerze mówiąc niewiele do niego czułam…
A do Dawida, owszem. Był teraz sam i dawał mi odczuć, że jeszcze mogłoby wypalić…
Ta ostatnia przygoda skończyła się 17-go kwietnia 2003r.
Czasami organizowaliśmy małe imprezki u kogoś z nas. Przeważnie u Niunia. Chłopcy i ja, Czasami ktoś się jeszcze dołączał. Tego dnia Michał chciał, żebym przyszła chwilę wcześniej, bo chciał pogadać. Widział, że coś z mojej strony zaczyna być nie tak. Nie było mi najweselej z tego powodu, ale w końcu miałam szansę na sprostowanie spraw mojego serduszka. Po zerwaniu długo był na mnie zły i miał żal, ale ja wreszcie byłam szczęśliwa, wiedziałam z kim chcę być.



go to top Go To Top go to top

 
Koszty pozyskiwania szpiku
Test dawców
Strategia doboru dawcy
Jak zostać Dawcą i jak wygląda procedura
Przeszczepy szpiku kostnego
Laboratoria
Nasz baner
Pomagają nam
Potrzebna Krew
Fundacja Kaszubska
Wpłata kartą kredytową na konto Fundacji


Telefon do
Kliniki Hematologii Dziecięj we Wrocławiu,
Odzial Transplantacji Szpiku i Terapii Genowej,
ul. Bujwida 44,
tel. (0-71) 320-04-00

Telefon do
kliniki Hematologii AM
w Gdańsku :
058 349-28-71/74
border borderborder border
     
border
border
border border
border border border border
border border border border

Advertisement