border border border border
border
     
border border
Pomoc dla Asi
border border
 arrow 
   Strona Główna arrow Prace Asi Dzisiaj jest niedziela, 21 lipiec 2019
border border

 
Menu serwisu
Strona Główna
Epitafium
Dla Asi
Strona Główna - Historia
Strona główna - Historia 2
Galeria
Prace Asi
Kącik Asi
Kalendarium
Skrócone kalendarium medyczne
Księga gości
Ciekawe
English version
Aukcje Allegro dla Asi
Artykuły z prasy
Info dla rodzin i pacjentów
O Asi
Środki
Zaświadczenia lekarskie
Prawidłowe wyniki morfologii
Aktualne wyniki morfologii Asi
Mail do Asi

Telefon do Asi szkoly w Kościerzynie :
058 686-83-32



Prace Asi

Wiersze
Opowiadania
Przedstawienia
Autobiografia
Zapiski
Z pamiętników
Różności
Listy do domu


WSTĘP Wczesnego dzieciństwa właściwie nie pamiętam... Wiem, że rosły mi ząbki, stawiałam pierwsze kroczki... Jak każde normalne dziecko, rozwijałam się prawidłowo, nie byłam zbyt chorowita, dopiero teraz... Ale o tym później. Moje pierwsze wspomnienia są z okresu koło dwóch lat gdy byliśmy z rodzicami na Mazurach. Pływaliśmy łódką i tak się zdarzyło, że bawiłam się z moją starszą o trzy lata siostrą przy brzegu w wodzie. Goniłyśmy się. Ja upadłam. Martusia myślała, że się wygłupiam. Nie mogłam się podnieść. Tata rzucił to, co akurat trzymał (rozpakowywaliśmy się) i podbiegł mnie ratować. Inaczej utopiłabym się...
Późniejszego okresu nie pamiętam. Wiem, że były jakieś przeprowadzki (chyba 5). Ale je, znam tylko z opowiadań.
W czasie gdy załatwiałam się na nocniczku często było tak, że brałam wszystkie możliwe długopisy i siusiając malowałam całe ciało. Mamusia potem miała problemy z domyciem mnie, ale ja nie zdawałam sobie z tego sprawy. W końcu tatuś wziął pumeks pokazał mi go i powiedział, że jak dalej będę się tak malowała to mnie nim będzie szorował... Podziałało.
Jak byłyśmy małe z moją siostrzyczką, to byłyśmy o siebie strasznie zazdrosne. Raz dostałyśmy od babci takie same getry. Martusia pocięła moje i zszyła je. Nowe "ciuchy" oczywiście były do wyrzucenia.
Ze mnie też było niezłe ziółko. Byłam grzecznym dzieckiem, nigdy się nie nudziłam, ale... bardzo lubiłam nożyczki i getry. Obcinałam wszystkim rajstopom stopy. Wtedy trudno było cokolwiek dostać i mami musiała mi je podkładać. Wtedy ja – bardzo szczęśliwa nosiłam getry i skarpetki. Mama wiedziała, że jak chwilę było cicho, to Asia coś cięła... Ale to nie moje wspomnienia, o tym tylko słyszałam.
I kolejne dosyć mgliste wspomnienia mam od czasu mojego przedostatniego domu.
Był dosyć duży, jednopiętrowy. Z tarasem i z dużym ogrodem za domem i z boku. Mieliśmy z boku domu chyba jakieś grządki kwiatowe i pietruszkę, marchewkę. Dzieliłam pokój z Martą, Łukasz spał osobno, no i rodzice osobno. Wnętrza domu raczej nie pamiętam, ale wiem, że mieliśmy duże fajne koło hula-hop, które zginęło przy przeprowadzce, zostało za kanapą, a potem nie wiem co się z nim stało. Rodzice prowadzili wypożyczalnię kaset wideo. Już wtedy dogadywałam się dużo lepiej z chłopcami i byłam bardzo kochliwa. To właśnie w przedszkolu był mój pierwszy buziak. Od dłuższego czasu podobał mi się pewien Paweł. Powiedziałam o tym siostrze, a ona mi doradziła, żebym go pocałowała. Ja - głupiutka, poczekałam aż nie będzie widział i gdy był zajęty podeszłam do niego i cmoknęłam go w policzek. Traf chciał, że uciekając wpadłam na krzesło i on zobaczył kto go pocałował.
Jak rodzice nie mieli za dużo czasu to do przedszkola odwoził mnie autobusem brat. Umówiliśmy się z Łukaszem tak, że ja będę chodziła sama od przystanku do budynku mojej placówki. Czułam się bardziej dorosła. Teraz mama mi mówi, że ta droga szła między garażami i lasem. Babcia niedawno mi to pokazała... Faktycznie, nie byliśmy za mądrzy. Wszystko wydało się przy pierwszej komunii Martusi. Ktoś coś przypadkiem powiedział, a ja, mała mądrala:
-A ja przecież już dawno sama do przedszkola chodzę - i zaczęły się pytania. Mój braciszek miał chyba karę, nie pamiętam. Później pamiętam święta. Dostałam wózek, lalkę, zestaw kuchenny (talerzyki i filiżanki) i zestaw do sprzątania. Od razu zaczęłam zamiatać i "myć " podłogę na sucho.
Moja pierwsza jazda rowerem jednośladowym: rozpędziłam się na krótkim podjeździe i... zapomniałam gdzie są hamulce. Wylądowałam na żywopłocie. Ostatnie co pamiętam sprzed przeprowadzki to, to, że niedługo przed naszym wyjazdem do stojącego nieopodal domu wprowadziła się mała Niemka, Kasia. Jej mama mówiła po Polsku, ale ona ani trochę. Jednak jakoś się dogadywałyśmy. Miała śliczne organki, których jej zazdrościłam. Pewnego razu do nas przyszła i zrobiłyśmy sobie mini piknik, a że nie mogłyśmy się dogadać poszłam do domu, przyniosłam piłkę i grę. Gestem zapytałam co chce. Nie pamiętam co wybrała...
Potem były wakacje. Z nich kojarzę tylko przeprowadzkę i wielką przebudowę domu. Wiem, że ja i moja siostra byłyśmy w tym czasie u babci. A potem przyjazd do Kościerzyny. Te zakurzone przy domu ulice (nawet nie ulice, bo wtedy w roku 1994 były piaszczyste drogi. Asfalt "u nas" położyli w 2001 lub 2002 r). Lipcowe, gorące powietrze. Wszędzie pył...
Nie mieliśmy jeszcze płotu, podwórko wyglądało na pewno nie tak jak teraz... I wejście do domu...
Najpierw dokładna lustracja, potem szybko do swojego pokoju.
Jak ładnie, jaki duży dom!! Tylko - czy tu będzie lepiej?? Wtedy się nad tym nie zastanawiałam. Była wielka radość.
Teraz już chyba bym nie chciała, może pomyślałabym o tym czy to nam coś pomoże... Nie warto myśleć. Na razie chyba się nie przeprowadzamy. Jak przyjechaliśmy to też uderzyła nas trochę budowa. Rodzice zdecydowali powiększyć dom i dobudować jeszcze część. Po wakacjach poszłam do zerówki.
KOLEJNY ETAP
Pierwszy dzień był nawet fajny. Trochę się bałam. Nowe twarze, nowi ludzie. Byłam z mamą.
W ogóle dużo moich pierwszych wspomnień jest związanych z moją mamą i z siostrą. Później już oczywiście ze wszystkimi. Byłam w klasie "0 b".
Koleżanki często były o wszystko zazdrosne. O lepsze oceny, o chłopaków, o moje relacje nauczycielami.
W zerówce mieliśmy fajną panią, Halinę Stencel. Pamiętam, że wtedy chodził z nami Radek Kałużny. Chyba nawet nie bardzo go lubiłam, miał odstające uszy. Ale teraz zastanawiam się czy było warto?? Przecież mógł być bardzo fajny, no, ale byłam tylko dzieckiem. W pierwszej klasie nie zdał, wyprowadził się, bo się z niego śmiali. Ze wstydu. W zimie rodzice kupili wymarzonego psa, brązowego dobermana. Nazwaliśmy go Rino.
Marta przeryczała z nim całą noc. Było jej go szkoda, bo strasznie piszczał, tęsknił do mamy. Szybko nauczył załatwiać się na gazety.
Zakończenie roku, wielka radocha, że to już wakacje. Przecież czekałam na nie cały rok!! I chyba znowu była wtedy ze mną mama.
Wakacji praktycznie nie pamiętam…
Pierwsza klasa. Już śmielej do szkoły. Twarze prawie te same. Nowa pani wychowawczyni, Barbara Znaczko, później Modrzewska. Bardzo ją lubiłam. Była wymagająca, ale sprawiedliwa i dobrze tłumaczyła. Prowadziła mnie do trzeciej klasy. Już od tego pierwszego etapu nauki mieliśmy ciężkie plecaki. Moim zdaniem trochę za ciężkie.
Najpierw do szkoły odprowadzała mnie mama, potem mami załatwiła, żeby mogła to robić starsza siostra. Po lekcjach czekałam na nią w świetlicy. Po jakimś czasie jednak wyszło, że Martusia też nie zawsze może i rodzice napisali oświadczenie, że w drodze do szkoły biorą na siebie odpowiedzialność za mnie i zaczęłam chodzić sama. Byłam dumna, a do placówki nie miałam daleko. Droga też była bezpieczna. I znowu wakacje…
Zamarzył nam się basen. Jak jeszcze nie była dokończona obudowa już nalaliśmy do niego wody i można się było kąpać. A ile przy tym było śmiechu i zabawy!! Rodzice nie mieli nic przeciwko żebym od czasu do czasu zaprosiła koleżankę. Oczywiście musiałam być pod nadzorem podczas kąpieli. Ale ja – jak to ja, nie posłuchałam. Zaprosiłam najpierw jedną koleżankę, Ewelinę. Jeszcze nakłamałyśmy jej mamie, że u mnie są rodzice. Wzięłyśmy od niej koło, bo ona nie umiała pływać (woda sięgała mi, na paluszkach, do samych ust, a jej trochę niżej, bo była wyższa). Poprosiłyśmy robotników, którzy dokańczali ten basen, żeby zostawili nam kładkę do przejścia (między zbiornikiem z wodą, a podwórkiem była metrowa przerwa). I poszłyśmy się chlupać. W między czasie przyszła druga koleżanka, Aneta. Chciała zapytać czy może przyjść się wykąpać… Oczywiście się zgodziłam. Przypadek chciał, że w tym czasie nosiłam okulary. Z Eweliną już trochę zmarzłyśmy, więc wyszłyśmy na słoneczko się ogrzać. Moje okulary leżały na schodach. I nagle patrzę, a tu Martusia wraca ze szkoły… Więc my szybko się ubrałyśmy. Przecież nikt się nie kąpał. Ale w tym samym czasie przyszła Aneta z siostrą i kołem.
- A wy już się nie kąpiecie?? – byłam przerażona i myślałam, że ją na miejscu uduszę.
- Ale my się nie kąpałyśmy.
- Może przyjdźcie trochę później – powiedziała moja kochana siostrzyczka i poszła na miejsce „zbrodni”.
Ewelina powiedziała, że jej się spieszy, i że musi już iść, więc ja poszłam do ogrodu… Okazało się, że Marta znalazła jeszcze moje okulary, i wszystko się wydało.
Potem miałam długą rozmowę z rodzicami, czy chcę się utopić itp. To nie było przyjemne…
WSPOMNIENIA, JUŻ NIE TAK MGLISTE…
Druga klasa…
Pierwsza komunia święta. Jak były nauki, to akurat byłam chora. Do kościoła chodziła za mnie mama albo Martusia.
Posadzili mnie przez to w ostatniej ławce mimo że byłam najmniejsza w całej grupie.
Z klasy ja jedyna miałam sukienkę, a ze wszystkich dziewczynek były chyba jeszcze tylko dwie. Reszta miała alby, które tak bardzo mi się nie podobały…
W szkole pani katechetka wyznaczyła mnie do czytania czegoś z ambony. Gdy jej powiedziałam, że mam sukienkę nie była zadowolona, ale czytałam najlepiej z klasy. Moja komunia była śliczna i prezenty też. Najbardziej pamiętam pyszny tort, który piekła sąsiadka, zegarek, aparat i walkmana.
Po niej ścięłam włosy do ucha. Babcia mocno płakała, bo wcześniej miałam do pasa.
W wakacje rodzice kupili niedaleko Kościerzyny (w Dobrogoszczy) działkę.
Obok była spora żwirowa górka. Chciałyśmy, z moją siostrą z niej zjechać na rowerach. Ona musiała jeszcze coś zrobić. Więc ja wzięłam mojego składaka i powiedziałam, że zaczekam na górze. Coś mnie jednak podkusiło i zjechałam. Żeby było szybciej to jeszcze pedałowałam. No i chciałam się koło tej działki zatrzymać… Zahamowałam przednim ręcznym. Oczywiście, co mogło być potem? Cały zerwany bok, cały w żwirze i okropny ból… Hehe… Przeżyłam.
Kiedyś uczyłam tam tańczyć… żaby. Chodziłam do lasu, zbierałam je i uczyłam tańczyć na pontonie, trzymając biedulki za dwie łapki.
Co roku jeździłam do Krzesznej (malutka wioska niedaleko Kościerzyny). Więc w te wakacje pewnie też tam byłam. Kiedyś ciocia miała tam maleńki domek letniskowy, a dookoła były same pola i lasy. Teraz maleńkiego domku już nie ma, a stoi duży ceglany dom i wioska powoli zamienia się w miasteczko. Brakuje tylko dróg asfaltowych. Wszystko powoli się rozrasta.
Raz jak byłam jeszcze malutka, miałam może 5 latek dziadek dał mi małego łyczka piwa BEZALKOHOLOWEGO. Łukasz dla żartu narysował na ziemi kreskę i kazał mi po niej iść. Poszłam zygzakiem…
W trzeciej klasie właściwie zaczęło się moje zainteresowanie chłopakami. Do naszej klasy przyszli nowi uczniowie, Wojtek Piechowski i Sebastian Siebert. Wojtek bardzo mi się podobał, szczególnie na początku, jak miał długie włosy. Kiedyś jak siedzieliśmy w świetlicy na jakiejś lekcji odsłoniłam mu grzywkę z czoła. Wydawało mi się to takie romantyczne… Hehe… W tym samym czasie podobałam się dwóm chłopakom. Właśnie Wojtkowi i wcześniej wspomnianemu Adamowi. Obaj chcieli ze mną chodzić. Ja nie mogłam się zdecydować i… kazałam, żeby przychodzili po mnie do szkoły, żeby odprowadzali mnie do domu, nosili plecak… Chciałam zobaczyć, który będzie „lepszy”. Bardzo ich wykorzystywałam. Robiłam Adamowi wyrzuty, że nie przychodzi, a on nie miał czasu. Teraz trochę się z tego śmieję, ale wstyd mi za to… Wcześniej o chodzenie poprosił mnie kolega, Dawid. A ja z tym problemem poszłam do rodziców i zapytałam czy mogę… W tym roku też byłam pierwszy raz na dyskotece szkolnej. Szczerze mówiąc to był koszmar. Poszłam w spódniczce, białej bluzeczce i z „anetką” na głowie… Dodatkowo nie potrafiłam tańczyć, więc podpierałam ściany. Byłam z Martusią. Na zakończenie roku (gdy już wiedzieliśmy, że zmieni nam się pani) składaliśmy się po 10 zł. Mama koleżanki kupiła za te pieniążki gruby, wełniany, milusi koc.
W wakacje pojechałam z babcią i dziadkiem (rodzicami taty) do Częstochowy, Lubina, Rzeszowa i Strzyżowa a na koniec znów do Częstochowy. Było bardzo fajnie. Jechaliśmy na jakieś trzy tygodnie.
Pierwszy pobyt w Częstochowie był tylko na jedną noc. Jechaliśmy pół dnia. Tam dziadki kupili mi króciutką, granatową sukienkę w kwiatki. Była naprawdę śliczna. Acha, a kupili mi ją, bo jechaliśmy na ślub i wesele mojej kuzynki, Aśki ,
Aśka miała w domu pianino. Jeszcze przed imprezą nauczyłam się grać „Wlazł kotek na płotek…” i później w domu przez cały czas można było to usłyszeć.
Przed kościołem ludzie zrobili bramę z balonów. Była wielka i kolorowa. Dzieciaki chyba dostały czekolady, a dorośli wódkę. Ślub był piękny. Asia w długiej białej sukni z welonem, z tatą pod ręką… I przyszły mąż przy ołtarzu, „Tam, tam, tadam…. Tam, tam, tadam…”. Na wesele pojechaliśmy do remizy strażackiej. Na zabawie była dwójka dzieci, ja i pewien chłopczyk Był chyba rok młodszy. Jak mu pokazałam jak się tańczy, to ciągle chciał mnie tylko obracać. W końcu mi kręciło się w głowie, odchodziłam ale potem i tak wracałam. Tańczyłam i z tym małym, i z dorosłymi, i sama. Nie miałam żadnych oporów. . Lubię śluby i wesela. Jak odjeżdżaliśmy to dostałam od Marka (jej brata) obrazek z krasnalem. Po powrocie do Kościerzyny podpisałam go: „Od Marka – dla Asi”, „z Lublina do Kościerzyny”.
Po weselu pojechaliśmy do Rzeszowa. Nie udało mi się poznać Justyny, - drugiej kuzynki. Nie pamiętam dlaczego Chyba była wtedy na jakimś obozie czy koloniach. Ale i tak było miło. …
Następnie pojechaliśmy do Strzyżowa. . Poznałam chłopaków. Pięciu synów cioci, ale ich imion właściwie nie pamiętam… Wiem, że był Kamil i Piotr. Poznałam też mamusię babci, która niestety już nie żyje i jeszcze masę innych ludzi. No i Asię, moją kolejną kuzynkę. Pamiętam, że Aśka miała takiego wielkiego, ciężkiego żółwia. Obie bardzo lubiłyśmy układać puzzle, więc miałyśmy wspólne zajęcie.
No i dalej do Częstochowy. Na ślub wujka Sławka. Ślubu nie pamiętam, ale wesele było świetne. Tutaj też dużo tańczyłam. W sumie była trójka dzieci: ja, siostra cioteczne panny młodej i jej brat. Nie pamiętam ich imion. Raz jak on (ten chłopak) mnie zawołał, to myślałam, że jego siostra coś ode mnie chce. A on chwycił mnie za ręce i tańczyliśmy, hehe.
Po powrocie pojechałam do Krzesznej, chyba na całe wakacje. Łowiłam z dziadkiem ryby, chodziłam z rodzinką na grzyby i chodziłam się kąpać. Raz jak z dziadkiem wędkowałam na pomoście siedziało dużo ludzi. Nikt nic nie mógł złowić. Ja miałam wtedy 20-sto, 30-sto cm patyk. Na niego nawinięta była żyłka i zakończony był haczykiem – kotwiczką. Miałam jednego robaka. Cisza, spokój i nagle:
- Dziadku! Dziadku! Mam rybę!!! – złapałam ładnego okonia, ale byłam chyba bardziej przerażona niż on :-) i szczęśliwa.
Bawiłam się świetnie i znowu zaczął się kolejny rok szkolny. Pierwszy raz szłam sama…
Czwarta klasa… Tu również miałam fajną wychowawczynię, panią Ewę Skrzycką. Pani była spokojna i pobłażająca. Do naszej klasy dołączyli trzej chłopcy, Dawid Bolewski, Paweł Zalewski (brat Beaty, z którą chodziłam do klasy od zerówki) i Bartek Hommel. Dawid i Paweł o rok starsi, bo rok nie zdali. Bartka na początku bardzo chciałam poznać, wydawał mi się przystojny. Jak go pierwszy raz zobaczyłam, podeszłam i zapytałam jak ma na imię. Odpowiedział, trochę chamsko: „A co cię to obchodzi??”. I zaczął się śmiać. Zrobiło mi się głupio i sobie poszłam. Pamiętam też sytuację jak goniliśmy się w szkole w krzakach, a Bartek stał na dole i nas wyzywał. Ja do niego podeszłam, zawołałam go i… brzydko napiszę… strzeliłam mu w pysk. Obróciłam się i odeszłam. Jego trochę zgasiło, ale się uciszył. Dawid od razu mi się spodobał. Ja jemu chyba też. Siedzieliśmy razem w jednej ławce, często do mnie przychodził. Miał fajnego królika, Filipa, a właściwie to była samiczka. Kiedyś nawet pobiłam się o niego z koleżanką, Anetą. Próbowała mnie spoliczkować, więc jej oddałam (ona nie trafiła, ja tak). Drugi raz sytuacja powtórzyła się. Ona się poryczała i poszła. Ja ruszyłam w drugą stronę i również nie wytrzymałam, też ryczałam, ale mi po prostu było smutno, że ona mnie tak potraktowała. Wróciłam do domu i powiedziałam babci, że więcej do szkoły nie idę. To było w piątek, a w poniedziałek chyba się pogodziłyśmy. Potem się dowiedziałam, że ponoć przez dwa dni miała policzki spuchnięte. Ale w to wątpię, ponieważ ile siły może mieć mała dziewczynka w wieku 10 lat? Na klasowych walentynkach tańczyłam moją pierwszą „wolną”. Z Dawidem. Byłam wtedy najszczęśliwszą dziewczyną w klasie, inne mi strasznie zazdrościły. I na tej samej zabawie siedząc przy stole gadałam z kolegą. Chciałam się napić, ale się zagapiłam i w rezultacie sok wylądował na mojej bluzce. W czwartej klasie zaczęłam chodzić z Dawidem, skończyłam, znowu chodziłam… W sumie byłam z nim dziewięć (!) razy. Pod koniec roku pojechaliśmy z klasą na wycieczkę. Miałam etap „bobasa” (kupowałam sobie smoczki i bawiłam się, że jestem dzidzia). Wzięłam jeden smoczek i dwa misie. Smoczek włożyłam dla zabawy do buzi. Mam takie zdjęcie, jest śmieszne. Wakacji nie mogłam się doczekać, więc gdy się zaczęły szybko wybiegłam ze szkoły. …”…
Znowu pojechaliśmy do Częstochowy, Rzeszowa, Strzyżowa. Tym razem nie byliśmy w Lubiniu.. Jak wyjeżdżaliśmy to wzięłam z Gdyni pomarańczową żabę i pieska, mojego wujka, Tomka. Tak się zdarzyło, że właśnie w Częstochowie chciałam zebrać koniczynę dla królików. Dobrze, że Pawełek był w innej części podwórka. Niedaleko mnie przywiązany był pies. Jeżeli się nie mylę mieszaniec wilczura. Był mocno przywiązany, na grubym łańcuchu. Ja kucnęłam i… miałam szczęście, że byłam odwrócona do niego tyłem. Bydlę wyrwało łańcuch z ziemi i rozerwało mi pół pośladka. Teraz to może wydawać się śmieszne, ale wtedy nie było… Babcia przerażona bardziej ode mnie, płakała – ja nie, bo nie widziałam rany. A jeszcze miałam takie szczęście, że nie ugryzł mnie w głowę czy w twarz. Najpierw mnie przewrócił, potem chwycił za ciało. A ja chciałam tylko nazbierać trawy dla królików. Pojechaliśmy do szpitala. Weszliśmy bez kolejki. Pan doktor zrobił zastrzyk przeciw tężcowy (trochę bolało) znieczulił i zszył miałam pięć szwów i jeszcze dwa, nieco niżej.
Wcześniej bawiłam się z malutkim kuzynem, Pawełkiem. Chodziłam do sadu zbierać jabłka. Goniłam kury. Było bardzo fajnie. Zrobiłam dużo zdjęć, a potem klisza mi zaginęła… Do tej pory jej nie odnalazłam. Na trasie zatrzymaliśmy się jeszcze żeby kupić bluzeczkę i maskotkę dla Justyny. Ja w tym czasie uprosiłam dziadków o psiaka – maskotkę. Wyjechaliśmy koło 12.00 (chyba), a na miejscu byliśmy koło 18.00. Justyna przyszła tego samego dnia. Dostałam od niej pluszowego lwa. Bardzo mi się podobał, i czekoladę. Potem ona nocowała u dziadków. Fajnie było, Razem spałyśmy. Pierwszego wieczoru był jakiś mecz w TV i nasi dziadkowie go oglądali. My też kibicowałyśmy. Robiłyśmy polskie flagi, jak Polacy strzelili gola to biłyśmy brawo, machałyśmy flagami, rysowałyśmy piłkę nożną. Śmiesznie było. Raz wybraliśmy się do Łańcuta, ślicznie tam było.
W Strzyżowie tym razem nie było Aśki. Dostałam od wujka piłkę. Pamiętam, że w Strzyżowie jest (albo był) fajny wiszący most, babcia się trochę bała.
KLASA PIĄTA
Na początku piątej klasy zaczęłam prowadzić pamiętnik. Przepiszę go tutaj i będę dodawała własne komentarze. Wcześniej zawsze trzymałam się z Eweliną Laską. Nawet okazało się, że mieszka kilka domów dalej. A w piątej do szkoły przyszła Sylwia, nowa. Ewelina mi ją przedstawiła, a ta od razu przypadła mi do gustu. Zostawiłam Ewelinę i zajęłam się „nową”… Ewka zaczęła się trzymać z Anetą Mańsk…
25 września 2000r, godz.18.00
Cze(j)ść Pamiętniczku! Nie mam co robić, więc Cię piszę. Nie wiem co odpowiedzieć pewnemu chłopakowi, Piotrowi T. Zapytał się mnie czy chcę z nim chodzić. To znaczy nie on, ale Łukasz B., jego kuzyn. To jeszcze nie koniec, bo Dawid B. Też kuzyn Piotrka, powiedział, że Piotr ma dziewczynę. Chociaż Łukasz B. odpowiedział, że jak ja się zgodzę, to on z nią zaraz zerwie. Nie wiem co odpowiedzieć po pierwsze dlatego, że ja nie chciałabym mieć na razie chłopaka, bo na jednym strasznie się zawiodłam. No i nie wiem co myśleć. Pamiętniczku, jest jeszcze jedna rzecz. Zakładam klub, ale jak go nazwać? „Przyjaciół świata” czy „Kółko ekologiczne”?? I co byśmy mieli robić?? Sądziłam, że najpierw dziewczyny napiszą co chcą robić, a potem to czego nie chcą robić. Później ustalimy czy chłopacy też mogą należeć, a na koniec posprzątamy teren szkoły. Przepraszam, zanim zaczniemy zbierać śmieci zrobimy coś na gazetkę.

Głupia byłam jeśli chodzi o chłopaków. I głupie problemy miałam, chociaż wtedy były dla mnie śmiertelnie poważne. Już od piątej klasy, przez cały czas myślałam o ochronie środowiska… A cała sytuacja rozgrywała się u mnie na boisku. Wtedy też Piotrek o mało nie wepchnął Dawida do basenu…
26 września 2000r, godz. 21.05
Dzień minął spokojnie pomijając dwie rzeczy. Pierwsza to, to, że zadzwoniłam do Piotra i zgodziłam się z nim chodzić, a druga to kłótnia Marty z rodzicami. Ich krzyki słychać na górze. Siedzą w salonie, a słychać u mnie w pokoju. Moja siostra zaryczana weszła do swojego pokoju. A mama powiedziała: „Asia, spać!”, moja siostra znowu zeszła…
27 września 2000r, godz. 8.05
Jestem w szkole na matematyce. Pan tłumaczy jak się oblicza dzielenie pisemne. Moja siostra miała na tą co ja. Na 7.45. Powiedziała mi pewną przerażającą rzecz. Pewnego dnia chciała żebym spała u Łukasza, a dzisiaj powiedziała mi, że chciała powiązać prześcieradła i uciec na jedną noc. godz. 10.45
Religia, co za nudy…
29 września 2000r, godz. 11.27
Jest OK. Klub założyłam w środę 27-go. Sorry, Pamiętniczku, że nie napisałam o tym.

Klub działał. Było nawet kilka spotkań. W świetlicy szkolnej.
Zdecydowałyśmy, żeby nie brać chłopaków. Gazetkę miałyśmy robić, ale nie zdążyłyśmy, bo Klub się rozpadł… Na „zajęcia” przychodziło około 15 dziewczyn. Najstarsza była chyba w 6 klasie… Potem wstydziłam spojrzeć jej się w oczy, sama nie wiem czemu… ale ona była starsza… Młodsze też przychodziły. Nawet nie wiem czemu się rozpadłyśmy. Chyba ja byłam leniwa i nie chciało mi się nic organizować albo nie wiedziałyśmy co robić. W końcu zrobiło się nudno…
13 października 2000r, godz.15.51
I’m sorry! Dzień piątek, sze(j)ść dni temu (7.10.00r) babcię Izę zabrało pogotowie ratunkowe. Dzisiaj babcia Wróciła do domu. Nie mam co robić więc postanowiłam do Ciebie zajrzeć. Siedzę w kuchni, bo u mnie w pokoju jest burdel! Chyba pójdę tam posprzątać, a później zjem i pójdę z psem i Sylwią biegać. Acha, od niedawna uprawiam jogę, jogging i staram się karate. Koledzy i koleżanki śmieją się ze mnie oprócz Sylwii, bo ona też chce się uczyć tej sztuki, żeby pokonać H… i A…, dwie nędzne kreatury, które nam dokuczają.

Tak… Babcia była w szpitalu. Ja wtedy zasuwałam na rowerze na drugi koniec Kościerzyny (to nie jest bardzo daleko), żeby trochę przy babci pobyć. Kupowałam jej winogrona, które i tak sama jadłam (oczywiście nie wszystkie). Karate faktycznie trenowałam, ale później, w szóstej klasie. A Bartek H... to był taki chłopak, który dołączył do nas w IV klasie. Na początku bardzo chciałam go poznać, wydawał mi się przystojny. Jak go pierwszy raz zobaczyłam, podeszłam i zapytałam jak ma na imię.
Odpowiedział, trochę chamsko: „A co cię to obchodzi??”. I zaczął się śmiać. Zrobiło mi się głupio i sobie poszłam.
Pamiętam też sytuację jak goniliśmy się w szkole w krzakach, a Bartek stał na dole i nas wyzywał.
Ja do niego podeszłam, zawołałam go i… brzydko napiszę… strzeliłam mu w pysk. Obróciłam się i odeszłam. Jego trochę zgasiło, ale się uciszył. A Michał A… chodził ze mną do klasy od zerówki.
14 października 2000r, godz. 20,53
Hej!! To znowu ja. Jest trochę głośno, więc nie wiem co pisać, bo nie mogę się skoncentrować, dlatego, że przyjechała babcia Ira z dziadkiem Heńkiem. Rozmawiają z rodzicami. Do Marty przyszedł Misiu, a ona nie wyłączyła telewizora. Zamknę drzwi. Zamknęłam, i baterie z budzika wyjęłam, bo mi przeszkadzał… Teraz tylko zwykły zegar, ale jego nie wyłączę.
Dzień dzisiejszy był OK. Zamiast bigosu (PIERWSZEGO OBIADU MOJEJ ROBOTY) zrobiłam… kapuśniaczek. Babcia powiedziała, że nie jedna gospodyni, by lepszego nie zrobiła.
No i nareszcie wywołałam zdjęcia (sprzed roku)!!! Z wycieczki do Będomina i Gniezna. Najbardziej podoba mi się zdjęcie w drodze do Będomina… To ja, mam w buzi smoczek i przytulam dwa misie. Jest super.
A teraz coś z zupełnie innej beczki, smutniejsza wiadomość. Musiałam oddać Paszteta. Na szczęście mam jego zdjęcie i oddałam go koleżance z klasy. Oddałam go wczoraj, ale nie chciało mi się o tym pisać. Mam nadzieję, że będzie mu dobrze.
Na wycieczce zrobiłam jeszcze kilka ciekawych zdjęć. Jak na jedno patrzę chce mi się śmiać… Z koleżanką chciałyśmy zrobić sobie SAME zdjęcie (na schodach w Gnieźnie)… No tak… Od razu zwaliła się cała grupa i wyszło zdjęcie GRUPOWE…
A Pasztet to był mój króliczek… Potem musiałam zabrać go tej koleżance, bo nie było mu tam za dobrze… Miał go przekazać Dawid B. swojej kuzynce, ale okazało się, że była za mała i w rezultacie sama nie wiem co się z nim stało… Dawid powiedział, że ma go jakieś inne dziecko, i że będzie miał dobrze…
19 października 2000r, godz. 19.08
Cześć! Co robić? Na razie dni biegną spokojnie. Nic wielkiego się nie dzieje. Wczoraj dostałam 5 i 5+, dzisiaj też. Wczoraj z historii i matmy, a dzisiaj z testu z polaja i z Niemca.
Sylwia wraca do zdrowia, bo nie napisałam, że 4 dni była chora. Jutro ma iść do szkoły, nareszcie!! Paulinę, jej koleżankęcoraz mniej lubię, a wręcz nie nawidzę.
Magda codziennie mówi, że królik czuje się dobrze, ale ja wiem, że jak najszybciej muszę to sama sprawdzić. To chyba wszystko na dzisiaj. Hej!!
Tej Pauliny tak nie lubiłam chyba z dwóch powodów: nie rozumiałam jej, a poza tym chciałam mieć Sylwię tylko dla siebie…
23 października 2000r, godz. 21.23
Pamiętniczku! Czyżbym zazdrościła Sylwii??
Tak, zazdrościłam jej bardzo. Często się odwiedzałyśmy i jak ja do niej wpadałam jej mama albo była już po pracy, albo zaraz miała wrócić… U mnie przeważnie nie było nikogo… Czasami Marta… Moja koleżanka też miała codziennie obiadek… A my… w weekendy, no i jak zostało to w poniedziałek, wtorek… Chociaż nawet jak było to samemu nie bardzo chciało się jeść… Lubiłam do niej chodzić…
28 października 2000r, godz. 21.44
Dni mijają w zaskakującym tempie. Nadążyć nie można. 23-go nie napisałam zbyt dużo, bo mamusia kazała mi iść spać. Tego dnia byłam też u Magdy, z Pasztetem nie jest za dobrze. Jest okropnie spasiony. O jeju!! Nawet czystej ściółki nie ma… I pazurki ma strasznie długie…
Sylwii ostatnio nie zazdroszczę tak bardzo, bo 25-go przyjechała babcia. W tym dniu odwiedziłam Piotrka M, kolegę z klasy w szpitalu (miał odwodnienie, zabrali go z lekcji, bo zemdlał na polskim), a dzisiaj przyjechał dziadek. Acha, 26-go byłam na basenie. Było dosyć normalnie, oprócz tego, że H… (wroga nr 1) chciałam nauczyć pływać. Stwierdziłam, że jeśli nie można się na kimś zemścić, to lepiej zrobić z tej osoby przyjaciela. Lecz Bartek to strasznie trudny okaz, chyba nic a nic go nie nauczę, bo on się boi wody.
Rodzice dzisiaj nie szli na szczęście do pracy, ale za to prawie cały dzień byli na balkonie. Mamusia z Martą kładły fugi na górze, tata z dziadkiem kładli kafelki na dole, babcia robiła obiad i sprzątała, a Łukasz był w pracy… Tylko ja się obijałam.
Pa! Mama mnie chyba udusi jak się dowie, że jeszcze nie śpię, a chcę jeszcze trochę poczytać, więc kończę. PA!!
29 października 2000r, godz. 21.20
To ja! Czas mija w zaskakującym tempie. Nie dawno było rano, godzina 9.00, a teraz już 7 godzin minęło. Do 15.00 robiłam z babcią rogaliki. Opłacało się (pycha!!). Później pojechałam do Łukasza (do pracy), no i nareszcie coś, co odróżnia ten chaos. Zadzwoniłam do Piotra!! On ma taki słodki głos. Potem wróciłam i już było późno. Pewnie na lekcjach się jeszcze odezwę (jutro). Pa!
3 listopada 2000r, godz. 15.29
Jestem w pociągu. Na moje nieszczęście jestem w przedziale z dwoma nauczycielkami z mojej szkoły. Jedna z nich to ciocia Sylwii z dwójką dzieci. Paulinka, jedno z nich, siedzi obok mnie i zagląda do ciebie, Pamiętniczku. Nie może nic rozczytać. Jedna z nich wysiadła, ta bez dzieci.
Był konduktor. Ha, ha! Pani Halina powiedziała, że ma miesięczny dla dzieci, a on pomyślał, że też jestem jej dzieckiem. Wysiadają nareszcie!! Hurra!!
27 listopada 2000r, godz. 11.28
Jest przerwa. Jestem w szkole. Kurde, obstawia mnie z dziesięć osób. Poszli. O 17.00 u mnie w domu jestem umówiona z Sylwią, Tomkiem i Szymonem. Lekcja. W piątek była dyskoteka. 5 wolnych tańczyłam z Tomkiem, 2 z Bartkiem, 1 z Wojtkiem, 1 z Piotrkiem, 1 z Mateuszem, 1 z Łukaszem i 1 z kolegą Mateusza.
W niedzielę Ciapek przyjechał z Wróbelkiem (Tomek i Szymon) i pytał się czy chcę z nim chodzić. Dzisiaj się z nim umówiłam, żeby odpowiedzieć i z Sylwią i Szymkiem, żeby pogadali.
Ciapkowi powiem, że nie, bo nie chcę stracić zaufania Piotrka
godz. 11.45
Religia, co za nudy.
godz. 12.13
W czwartek, 23 listopada były moje urodziny. Razem ze mną było 9 osób. Byli: Dawid (moja miłość), Łukasz, Maciej, Mateusz, a z dziewczyn Ewelina, Aneta, Sylwia, Ulka i ja.
Pierwszy konkurs był z papierem toaletowym. Polegał na tym, że dziewczyna owijała chłopaka jak mumię. Wygrała Ewelina z Łukaszem.
W drugiej konkurencji chodziło o przyczepienie ogona do tyłka słonia. Wygrała ta sama para. Haha, Sylwia szuka Wróbelka, a on już skończył lekcje.
Na dyskoteki uwielbiałam chodzić. Jednym z głównych powodów były właśnie wolne… Tańczyłam prawie wszystkie. Zaufania Piotrka nia chciałam stracić… Ciapek mocno mnie namawiał na to chodzenie, ale stwierdziłam, że jeżeli on tak traktuje TE sprawy, to nie jest mnie wart.
Często pisałam, że religia była nudna. Teraz tak nie uważam.
Miałam najładniejsze ćwiczenia w klasie, bo… jak mi się nudziło, to kolorowałam kartki.
Na urodzinkach sama nie brałam udziału w konkursach, bo brakowało jednego chłopaka… Ale poradziliśmy sobie. Nie miałam przygotowanych nagród, ale mama poratowała mnie czekoladami.
28 listopada 2000, godz. 10.25
Hej! Sylwia chodzi z Wróbelkiem od wczoraj. Niestety Szymon uświadomił mi, że Piotrek może mieć w Gdańsku inną dziewczynę. Ale nie! Nie wierzę! Czy nie chcę wierzyć?? Bo jednak… Nie, nie chcę! On chodzi ze mną! Chciałam zadzwonić i porozmawiać, ale Marta powiedziała, że to nie jest rozmowa na telefon. Co robić? Dzisiaj jadę do „szóstki” porozmawiać… Nie! Zapytać kiedy przyjedzie.
Bałam się tej rozmowy… I właściwie Szymon niewiele się pomylił… Jak odpowiadałam, że zgadzam się z nim chodzić nie pytałam czy to aktualne… a on bał się przyznać, że nadal chodzi z tamtą Marleną i nie chce z nią zerwać… Jak sobie wszystko wyjaśniliśmy było już ok. Chociaż najpierw było mi głupio, że tak lekkomyślnie postąpiłam…
23 grudnia 2000 (jeszcze ’00), godz. 20.42
A hoj! Mam niezły humor. Jutro wigilia i PREZENTY!! Jabadabadu, ale super!
9-go były urodziny Uki, chyba pamiętasz? Pisałam o niej 27-go listopada br o 12.13. Mam trochę zaległości u Ciebie, więc zacznę od początku.
9-go były urodziny Uli. Ubrałam SPÓDNICZKĘ W SZKOCKĄ KRATĘ (!). Wyobrażasz to sobie?! Dziwne. Na imprezie było fajnie. Były cztery dziewczyny i jeden chłopak. Cha, cha! Poderwałam Ulce jej miłość. Był niezły burak. Cha, cha, cha!
15-go grudnia było przedstawienie, pisałam scenariusz sama. Wyszło nieźle, ale zamiast płakać my się roześmiałyśmy..
10-go była impreza u mojego wujcia. Było fajnie. Miałam nawet szampana.
Spódniczek nie nosiłam praktycznie do klasy I Gim… Czasami wkładałam moją ulubioną sukienkę jeansową, ale poza tym to raczej nie. Uważałam, że spodnie są wygodniejsze i praktyczniejsze. „Dziewczęce” ciuszki długo przelegiwały na moich półkach. Wyciągałm je tylko na specjalne okazje. Teraz sądzę, ze jednak całkiem ładnie w nich wyglądam.
W Sylwestra rodzice popłynęli do Sztokholmu. Zostałam z rodzeństwem, Łukasz robił sporą imprezę, a do Martusi przyszła koleżanka.
Mimo, że jestem najmłodsza dom był praktycznie na mojej głowie… Mój braciszek i jego goście mieli dla siebie całą górę, a my z sissi zajęłyśmy parter.
O 24.00 Łukasz zszedł na dół, Zadzwonili rodzice, złożyli życzenia. My wypiliśmy po kieliszku szampana. Z tego co pamiętam ja zasnęłam koło 2, 3 nad ranem, Marta z Kingą gadały do piątej, a do której byli goście u Gucia o tym nie mam pojęcia. Byłam trochę zła, bo głośno słuchali muzyki, ktoś przyniósł afrykańskie bębny i musiałam interweniować, hehe.
Bolała mnie nieco głowa. Jak rodzice wrócili, to opowiadali, że mieli szampana na pokładzie, ale ponieważ był schowany koło gaśnicy, to nie wystrzelił… Zbyt bardzo się schłodził. Wrócili bardzo zadowoleni.
23 stycznia 2001, godz. 11.36
Cześć! Przepraszam, że tak długo nie pisałam (przez miesiąc), ale nie wiedziałam gdzie jesteś. Tyle się zdarzyło! Och! Znowu byłam z Dawidem i znowu z nim nie jestem. Już na samą myśl chce mi się płakać. Zerwał… (w ogóle nie wiem czy ze mną chodził, ale piszmy „zerwał”) ze mną wczoraj. Powiedział tak: „Ja jestem z Weroniką. Ja ciebie nie kocham.” Bo ja się zapytałam czy coś do mnie czuje. Nie odpowiedział. Czy coś czuje do Weroniki – zaczął się jąkać. A jak zapytałam czy jesteśmy razem to powiedział te słowa co napisałam powyżej…
Sylwia jest po raz drugi z Szymonem i jest szczęśliwa. A ja sobie siedzę i myślę „Co robić??” Codziennie noszę do szkoły walkmana i zatapiam się w rytmie muzyki. Pa! Pa!
Godz. 12.00
Niemiecki, co za nudy! Ratunku! Och…
Odezwę się jeszcze.
24 stycznia 2001, godz. 10.04
Cześć! To ja! Dobra widomość! Rino ma zdrowy tyłek! Och, ty nic nie wiesz. Rinulek, mój piesek miał stłuczkę z samochodem i miał trochę uszkodzony ogonek. Już jest ok. Wypadek miał 22-go. Sorry, że wczoraj nie napisałam, ale zapomniałam. Pa!
Godz. 11.15
Historia, ale nuda!
Mój pies (jak był nieco młodszy) miał nieszczęście do samochodów. Kilka razy miał stłuczki. Pewnego dnia, podczas spaceru z moim bratem rozpędził się z górki, a zza zakrętu wyjechał „maluch”. Rino nie wyrobił i… buum! Pojazd miał wgniecione drzwi, a mój zwierzak… stłuczoną łapę. Na szczęście niezbyt mocno.
26 stycznia 2001, godz. 11.36
Hej! Dzisiaj jest bal karnawałowy!! Bal karnawałowy!! Cool!! Wymagane stroje wieczorowe. Zakładam długą, szarą sukienkę z kapturem.
Właśnie dostałam 4 z majmy.
W sukience prezentowałam się bardzo ładnie, ale w pewnym momencie zamieniłam się na kreacje z kumpelą. Ona miała krótszą, seledynową. Też fajnie wyglądałam. Na zabawie bawiłam się świetnie, chociaż prawie na nią nie poszłam… Miałam wtedy nieprzyjemną sytuację w domu… Taki mały kryzys… Nieprzyjemne wspomnienia… Na balu też dostałam propozycję chodzenia, ale o tym jeszcze napiszę.
31 stycznia 2001, godz. 21.47
Cześć! Jestem u „wujka” (brata dziadka Kazika). Na szczęście jesteś ty, bo tu jest okropnie nudno. Pociesza mnie jednak myśl, że jutro jadę na sanki!! Możliwe, że zabierze się tam z nami Justyna. Niestety może się nie zgodzić… Obecnie jestem w Rzeszowie (są FERIE) PA!

Trochę poczekałam na kuzyneczkę, trochę ją ponamawiałam i zgodziła się jechać. Mimo tego, że była tylko rok ode mnie młodsza była strasznie, hmm… przywiązana do rodzinki… Żeby w ogóle zgodziła się pojechać musiał jechać jej dziadek. Ale myślę, że się opłacało. Zawsze lepiej mieć kogoś w swoim wieku, nawet jak się jedzie do rodziny.
2 luty 2001r, godz. 22.56
Cześć! Jestem w Strzyżowie z Justyną. Ona właśnie wyszła z łazienki. Trochę tęsknię za D. B. (moją miłością). W dzień nie mam czasu o nim myśleć, ale wieczorem to u hu hu…
Rozważam propozycję Mateusza S.-R. o chodzeniu (już kiedyś z nim chodziłam), ale D. B. nadal mi się podoba. Czy ja o nim nigdy nie zapomnę?
Och! Sądzę, że Mateusz jest trochę fajniejszy jak się pyta drugi raz, po tym jak dałam mu kosza. No, ale Dawid… Już sama nie wiem co robić. I okropnie boli mnie głowa.
W dzień jestem na sankach lub siedzę przed telewizorem, a wieczorem wariuję. Dopiero gdy boli głowa to myślę o D. B. Och! Ten przeklęty D. B. Czemu nie daje mi spokoju (myśl o nim)? Ja go czasem nienawidzę, ale częściej kocham.
3 luty 2001, godz, 14.35
Cześć! Od trzech dni męczy mnie uczulenie. Przepraszam, że wczoraj tego nie napisałam, ale myślałam o NIM. Uczulenie mam od psa i kota (Colli i Killera) lub od wełny (sweterek). Co z D. B. i M. S-R.? Co z kim zrobić?? Mateuszowi powiedzieć, nie? A Dawidowi, że go kocham?? Nie, on o tym wie. Może dać Mateuszowi jeszcze jedną szansę? Wróciłam z dworu, Justa jest na mnie obrażona za to, że rzucałam ją śnieżkami. Przyszła babcia i dała mi wapno (na uczulenie) Trochę tu nudno… Kuzynki pierwsza nie przeproszę. Też mam swoją dumę. A szczególnie po słowach: „Ja się nie będę bawić z kimś, kto rzuca śnieżkami za kołnierz!” Nuda, nuda!
Na balu, w czasie zabawy podszedł do mnie kolega Mateusza i powiedział, że tamten chce ze mną chodzić. Poprosiłam, żeby przekazał M, żeby przyszedł do wyjścia z sali. Przyszedł i taka była rozmowa:
-Na serio? –ja zaczęłam
-No…
-Co, „no”?
-Tak.
-Czekaj, co on ci powiedział??
-Czy chcę z tobą chodzić, a tobie??
-Dokładnie to samo, a ty chcesz?
-Muszę się zastanowić. Znajdę cię.
-OK., Na razi!
-Cześć. – rosieliśmy się, puścili wolną piosenkę.
-Tańczysz? – zapytał
-Tak, to kiedy mi powiesz??
-Nie wiem. Znajdę cię.
-OK.
Koniec. Po pewnym czasie idziemy do okna i mówię:
-Zastanowiłeś się?
-Yhy…
-I co? Chcesz?
-No…
-OK.
-A ty? –teraz on zapytał
-Nie wiem!
-Kiedy mi powiesz?
-Po feriach.
-Tylko nie wiem kiedy się zobaczymy.
-Jak to?
-Bo ja po feriach idę do I Gim.
-Dlaczego? W której ty jesteś teraz klasie?
-W VI.
-I idziesz do gimnazjum? -Tak.
-Do jakiej szkoły? -Do „czwórki”, ale będę tu często przychodził.
-To mogę ci powiedzieć po feriach??
-Tak.
-Acha, cześć.
-Cześć.
I ja chyba powiem mu tak, tylko go ostrzegę, że czasem jestem wybredna. Pa! Pa!
godz. (po) 22.00
Dobranoc!
Dzisiaj w nocy śniło mi się, że było tornado. Ojejku! Bałam się! Dobranoc!
Rozmowa była strasznie zakręcona. Bardzo chciałam poznać jego zdanie na temat chodzenia ze mną, ale ja jeszcze nie chciałam odpowiadać. Wydaje mi się, że nie potrzebnie aż tyle go męczyłam, To chyba było strasznie nachalne. A z odpowiedzią nie musiałam się martwić. I tak został dalej w naszej szkole.
4 luty 2001, godz. 17.54
Cześć!
12 luty 2001, godz. 10.53
Cześć! I’m sorry. Przepraszam, że tak długo nie pisałam, i że napisałam tak mało, ale byłam totalnie wyczerpana i zmarznięta po kuligu, który miał być krótki i przyjemny, a było odwrotnie. Dzisiaj jest pierwsza lekcja i pierwszy dzień szkoły po feriach i zaraz na wstępie zobaczyłam JEGO. Stanęłam jak wryta, na szczęście Mateusz Zaborowski otworzył klasę. Zrobiło mi się słabo i zakręciło w głowie (chwilowo). Teraz jest OK. Pa!
godz. 13.45
Ha! Ha! Ha! Nie wiem czemu mi okropnie wesoło. Z Mateuszem zgodzę się chodzić. On jest w porządku.
Na kuligu pojechaliśmy bardzo daleko. Wujek jechał traktorem, nasi dziadkowie, Aśka (jego córka, moja kuzynka) i jej koleżanka jechali w wielkich saniach, takich „Mikołajowych”, a my z Justyną miałyśmy doczepione sanki. Collie biegła z nami. W pewnym momencie, jak wujek zawracał traktorem to moje sanki się przewróciły i spadłam. Jechał wolno, więc nic się nie stało, tylko było dużo śmiechu. Później (już dosyć daleko od domu) wujek wyjechał z drogi… Był problem z wyjazdem z tego rowu, ale jakoś sobie poradziliśmy. Jak zrobiło się zimno my z Justyną przesiadłyśmy się do dużych sań. Collie była coraz bardziej zmęczona. Sama wróciła do domu. Biedny psiak.
A w szkole wcale nie zobaczyłam Mateusza S-R, jak możnaby się spodziewać, tylko Dawida B. Teraz myślę, że byłam, hmm…. Dziwna?
15 luty 2001, godz. 12.50
Cześć! Wczoraj były walentynki. Dostałam dwie kartki. Jedną od Tomka, a drugą od Mateusza. Och… Pierwszą od chłopaka, który nie wie czy mnie kocha (Mateusz), a drugą od chłopaka, który za mną szaleje (tomek).
-To ja zawołałam Mateusza i mówię:
-Chodź tu.
-No, dzięki (za trzy kartki (walentynkowe)
-Ja też dziękuję, ale tamto jest jeszcze aktualne??
-Co?
-To sprzed ferii…
I tyle napisałam… Dalsza część rozmowy wyglądała tak:
-No wiesz… Ja jeszcze nie wiem. Powiem ci później, ok.?
-Ok., to na razie.
Niom, i tyle. Wkurzyłam się na niego. Poszłam do mojej klasy…
Potem powiedział, że nie chce… U nas w szkole co roku była poczta walentynkowa, więc wysyłaliśmy kartki do tych, których lubiliśmy. Fajny zwyczaj.
10 marca 2001, godz. 15.42
Hej! Życie jest piękne! W czwartek (8.03.01) był Dzień Kobiet. 2 osoby złożyły mi życzenia. Tata i kolega. Pa!
12 marca 2001, godz. 10.33
Cześć! 9-go marca rodzice otworzyli nową kawiarenkę internetową. Byłam tam w: piątek, sobotę, niedzielę i dzisiaj o 9.00, bo byłam umówiona z fotografem na 10.00, a przyszłam o 9.30, to pół godziny byłam w kawiarence. Ha! Ha! Wchodzę i pytam:
-Czy jest jakiś wolny komputer?
-Tak, ten – pokazuje jeden wolny i ja przy nim (kompie) siadam. Tacy chłopacy zdziwieni, że nie płacę. Po pół godziny mówię, że już lecę, a oni jeszcze bardziej zdziwieni.
Nie wiem co się stało. Sylwia trzyma się z Weroniką. W Interku poznałam wiele fajnych osób. Np. Songo (Arek) lub s_motny (Daniel)
Do kawiarenki chodziłam bardzo często od czasu otwarcia do końca 6 klasy, potem przestało mnie to bawić. Sami wtedy nie mieliśmy komputera w domku, więc tam latałam. Mogłam godzinami siedzieć na czacie. Teraz to dla mnie takie nudne…
I CO DALEJ…?
Teraz miałam długą przerwę w prowadzeniu pamiętnika. Zerknę do albumów, to przypomnę sobie niektóre sytuacje.
W tym okresie przez jakiś czas należałam do zespołu tanecznego „Zorba”. Chodziłam do Domu Kultury. Zaczęło się od tego, że Ewelina i jej brat chodzili. Też chciałam spróbować. Tańczyłam dosyć długo. W Kościerzynie w dniach 1-3 maja było Kaszubskie Forum Gospodarcze. Rodzice też się wystawiali, Forum to takie cuś, że firmy się prezentują a ludzie chodzą i oglądają, czasami biorą wizytówki. I tam jest też scena. Są różne występy, konkursy. I mój zespół też tańczył. Ja byłam w pierwszym rzędzie, to nie było przyjemne. Trema mnie zżerała.
26-go maja był Dzień Matki. W szkole robiliśmy akademię dla Mam. Moja przyszła z Babcią. Grałam na flecie „sto lat, sto lat…”. Wszystkim bardzo się podobało.
A dzień wcześniej robiłam dwa serca z masy solnej i laurkę. Mniejsze serduszko na większym. Kartka też była w kształcie serca. Mami jeszcze to ma.
Na Dzień Ojca (23-go czerwca) Tacie dałam skarpetki… W zasadzie jak co roku na jakieś uroczystości. Wtedy nie miałam kasy.
Na święta zawsze robiłam trochę lepsze prezenty.
Nie pamiętam kiedy zaczęłam dostawać kieszonkowe. Na początku to było tyle ile dni miał miesiąc, więc najgorzej było w lutym. W sumie wychodziło, że dostawałyśmy z Martusią po złotówce dziennie, i często jeszcze Mama dawała nam dodatkowo jakąś złotówkę rano na soczek, drożdżówkę.
W piątej klasie brałam udział w konkursie recytatorskim. Dostałam wyróżnienie. Umówiłam się z Anetą, że ubierzemy się w spodnie (dzwony), ponieważ moje były akurat brudne (wcześniej nie wiedziałam) musiałam założyć inne. Pomyślałam, że skoro mają być spodnie, to będą. Poszłam w getrach i bluzie…
Koleżanka oczywiście przyszła w spódniczce i białej bluzeczce, a ja wypadłam najgorzej przy odbieraniu dyplomu…
W ferie pojechałam do rodziców mamy. Uprosiłam ich, żebyśmy wybrali się do „Ciapkowa”, to schronisko dla bezdomnych zwierząt w Gdyni-Redłowie. Kiedyś mi to obiecali, więc teraz się tam wybraliśmy. Bardzo się poruszyłam widząc tamte zwierzaki…
Małe klatki, zimne (budy były ocieplane, ale „posadzka” zabłocona), po trzy, cztery psy w boksie, miski albo puste, albo z resztkami, miejscami jedzenie było rozrzucone… Naprawdę niewesoły widok. No i koty, ich było nieco mniej, ale też nie miały najlepiej…
Po wyjściu ze schroniska stwierdziłam, że muszę jakoś zadziałać, nie mogłam zostawić tych stworzonek tak obojętnie. Ich los naprawdę mnie obchodził. W czwartej klasie w grupie zuchowej (najpierw zuch, potem harcerka!! A jakże!!) przeprowadzaliśmy akcję „Grosik”. Organizowała to druhna Beata Sadowska, pieniążki zbieraliśmy chyba na biedne dzieci, czy cosik takiego…
Niom, i ja – niewiele myśląc postanowiłam też zorganizować podobną akcję.
Dla zwierzaków.
Wiedziałam, że najpierw muszę porozmawiać z wychowawczynią. Po powrocie do szkoły udałam się do niej prawie natychmiast. Pani zgodziła się, ale musiałam iść jeszcze do Pani Dyrektor. Ta, zgodziła się równie chętnie. Teraz mogłam działać.
Pojawił się mały problem – fanty (organizowałam loterię fantową). Z Panią Beatą zbieraliśmy je od dzieci z różnych klas i ja postanowiłam to wykorzystać. Miałam uzbieranych sporo fantów. Wyznaczyłam kilka koleżanek do pomocy i z siostrą przygotowałyśmy wielki plakat mówiący o moim planie.
„Wielka Loteria „Ciapkowo”” trwała 2 dni. Udało mi się wtedy zebrać koło 280,00 zł, a od znajomego weterynarza (taty Ulki) dostałam jeszcze 6 worków karmy dla psów. To był mój pierwszy mały sukces.
W weekend pojechałam do Gdyni zawieźć zebrane pieniążki i jedzenie. Zrobiłam sporo zdjęć. Gdy tylko wywołałam kliszę, zrobiłam gazetkę ścienną informującą o zebranej kwocie, z podziękowaniem dla osób, które włączyły się do akcji oraz dla tych, którzy mi pomogli w organizacji całego przedsięwzięcia. Wiedziałam, że to nie była ostatnia moja akcja. Ta przygoda dopiero się zaczynała.
Wkrótce po zakończeniu roku pojechałam na kolonie polonijne do Stegny z Ulą i jej koleżanką Patrycją. Zawieźli nas moi rodzice. Byli tam Polacy, Francuzi, dwoje Hiszpanów i Włoszka. Trafiłam do najmłodszej grupy, „D”.
Jak była ładna pogoda chodziliśmy przez las nad morze, kąpaliśmy się, zbieraliśmy bursztyny. Rano były organizowane zajęcia ze śpiewania, przygotowywaliśmy jakieś przedstawienie, malowaliśmy. Jedzenie nawet nam smakowało. Tylko Francuzi bardzo dużo słodzą. Starsi chłopcy robili różne „mieszanki”. Do zupy dolewali np. maggi, dosypywali soli, pieprzu. Ale to po jedzeniu. Po obiedzie zawsze była godzina sjesty, mieliśmy siedzieć w swoich pokojach. A potem zajęcia w ogrodzie. Gra w piłkę, w siatkę, gry grupowe. Były też konkursy z nagrodami. Np. na plaży robiliśmy zamki z piasku, wygrał mój. Dostałam lalkę z maleńką pozytywką. Na podwórku były zawody. Musieliśmy udawać różne zwierzęta, rzucać butem do celu, odbijać piłkę, itp. Było ciekawie. Na ostatniej dyskotece (a było ich kilka) jedna osoba z grupy była w stroju kąpielowym, a reszta ją malowała farbami. Moja grupa nie brała udziału, bo nikt się nie odważył. Kolonie trwały dwa tygodnie.
W weekend mogła przyjechać do nas rodzinka. W sobotę była rodzinka Uli, wychodziłam razem z nimi do miasta i na plażę. W niedzielę najpierw przyjechali do Patrycji. Poszliśmy wszyscy na plażę, a potem przyjechali moi rodzice. Ulka pojechała z nami, a Pati została, bo jeszcze miała gości. Pojechaliśmy do Krynicy Morskiej, poszliśmy do Wesołego Miasteczka. W drodze powrotnej zaczęła się burza. Niedaleko uderzył piorun. Kilka samochodów wcześniej spadło na drogę drzewo. Do ośrodka spóźniliśmy się około dwóch godzin. Następnego dnia przyszedł do mnie list od mamy (wysłany wcześniej).
Tu też spodobał mi się chłopak. Mateusz, Francuz. Dyskretnie za nim chodziłam, próbowałam zrobić zdjęcie. I tak nic z tego nie wyszło. Nawet z nim nie gadałam. Pokój miałyśmy obok Alexa (obcokrajowca) i Bartka, też z Kościerzyny. Na początku chciał ze mną chodzić. Był fajny, ale potem o coś się pokłóciliśmy i teraz mówimy sobie tylko „cześć”. Przed wyjazdem wymieniłam mnóstwo adresów. Odbierał nas pan Rysiu, tata Uli. Po drodze płynęliśmy promem. Zatrzymaliśmy się na kiełbaski, a potem bez problemów dojechaliśmy do Kościerzyny.
Wkrótce po powrocie wyjechaliśmy z rodzicami i Martusią za granicę.
Łukaszek został w domu z Rinem. Trasa prowadziła przez Niemcy, Luxemburg do Francji, a potem przez Belgię do Holandii i Danii.
Wracaliśmy również przez Niemcy. Dość długo czekaliśmy na granicy, a celnik ledwo mnie poznał. Jak wyrabiałam paszport miałam dość długie włosy, a tuż przed wakacjami ścięłam je „na chłopaka”. Śmieszne było jak urzędnik pytał z niemieckim akcentem mówił: „Joana? A gdzie jest Joana?”.
Pierwszy nocleg był w Niemczech. W sympatycznym hoteliku. W jednym pokoju byłam ja z Martą, w drugim rodzice.
Następnego dnia, po śniadaniu (jakie tam były białe jajka!! Tzn. skorupki!!) ruszyliśmy dalej w drogę.
Drugi nocleg był w Luksemburgu. Nie znaleźliśmy hotelu, który mieliśmy zarezerwowany. Pojechaliśmy do miasta, było pięknie. A jak chcieliśmy wyjechać to trochę pobłądziliśmy i w rezultacie nocowaliśmy na pierwszym lepszym kempingu. Zrobiliśmy dużo zdjęć, ale wyjeżdżaliśmy dosyć szybko, na dodatek padał deszcz i… aparat zgubiliśmy.
Trzeci nocleg był już we Francji. Przy autostradzie stała duża reklama drogiego hotelu. Nie chcieliśmy wydawać dużo pieniędzy, ale było już późno. Podjechaliśmy do tego hotelu i okazało się, że KILKA metrów dalej jest drugi, nieco mniejszy i tańszy. Obsługa była bardzo miła, pokoje czyste i przytulne. I rano pojechaliśmy dalej, już pod Paryż.
Mieliśmy mały problem ze znalezieniem hotelu, w którym mieliśmy zarezerwowane miejsca. A później do „rozmowy” z recepcjonistką posłużyły nam rozmówki polsko – francuskie. Chociaż też było ciężko…
Rozlokowaliśmy się w pokojach i poszliśmy do stacji metra, chcieliśmy pozwiedzać stolicę. Oczywiście jak nie zna się języka dogadanie się w jakiejkolwiek sprawie czyni dość duże trudności….
Paryż był piękny, wieża Eiffla, katedra Notre Dame, Luwr. Nie wszystko jednego dnia. W mieście byliśmy koło tygodnia, pogoda nam nie bardzo dopisywała.
Jak pobyt w Paryżu, to nie może obejść się bez wizyty w Disneylandzie. Wspaniale się bawiliśmy. Mama bała się kolejek górskich, a my z Martą chyba najbardziej to lubiłyśmy. Spotkaliśmy wiele postaci tego zaczarowanego świata, Myszkę Miki, Donalda, Królewnę Śnieżkę itp. W Świecie Disneya było wiele atrakcji dla młodszych dzieci, trochę mniej dla starszych. Ale i tak byliśmy bardzo zadowoleni.
Pewnego popołudnia poszliśmy do restauracji „Buffalo Grill”, ja wybrałam z zestawu dla dzieci „Jambo Blanc”, bo miało fajną nazwę. Reszta rodzinki wzięła steki. Ja wyszłam na tym jedzeniu najlepiej. Dostałam trzy plastry szynki z ziemniakami, a jedzonko moich bliskich nie było najsmaczniejsze i wyglądało jakby „chodziło”.
Następnego dnia Martusi pękły spodnie i się śmieliśmy, że „te krowy wierzgały, wierzgały, aż spodnie się popruły”.
Jej było chyba troszkę smutno.
Przed wyjazdem z miasta tata wyczytał w przewodniku o „Parku Asterixa”, gdzieś pod Paryżem. Więc tam pojechaliśmy i pierwszego dnia tak nam się spodobało, że następnego dnia też poszliśmy. Tu było znacznie więcej ciekawych rozrywek niż w poprzednim „wesołym miasteczku”. Więcej kolejek górskich, do których krócej się czekało, więcej karuzel „dla odważnych”, więcej spływów wodnych. Drugiego dnia poszłam o jeden raz za dużo na karuzelę i po powrocie do hotelu zwróciłam pyszne lody. W rezultacie następnego dnia do parku już nie poszliśmy.
Martusia z wyborem jedzenia w restauracjach miała najmniejszy problem… „ICE – CREAM”.
Dalej nasza trasa prowadziła przez Belgię, mogliśmy iść zwiedzać, ale byliśmy zmęczeni i ja z moją siostrą nie chciałyśmy.
Kolejne miejsce noclegu: pobrzeże Amsterdamu. Znaleźliśmy kemping, rozlokowaliśmy się i pojechaliśmy obejrzeć centrum, przeszliśmy się dzielnicą Czerwonych Latarń. W dzień było tam spokojnie i panie nie miały ewentualnie biustonoszy na sobie. Jedne siedziały, drugie tańczyły, inne po prostu stały.
W nocy rodzice również poszli, dokładniej pozwiedzać miasto. My zostałyśmy w namiocie, bo było późno, no i raczej to nie były widoki dla dzieci. Spędziliśmy tam chyba dwa dni i pojechaliśmy dalej, na pięć dni do Danii.
Trasa prowadziła przez Niemcy.
W „Legolandzie” byliśmy jeden dzień, mimo, że planowaliśmy dwa. Atrakcje, niestety bardziej były przygotowane dla młodszych dzieci.
Tata dalej przeglądał przewodniki i wyczytał o „Safari Parku”. Oczywiście pojechaliśmy.
Droga do „Parku” prowadziła przez ogromne pole trawy, z wyznaczoną trasą. Żeby kolejka nie była za długa. Niektórzy ludzie (jak przyjechali wcześniej) i czekali na otwarcie wyciągali z samochodów leżaki, koce minilodówki i robili sobie coś w stylu pikniku. Było to rewelacyjne. W „Safari Parku” było naprawdę pięknie. Mnóstwo różnorodnych zwierząt, niepozamykanych w klatkach. Biegających między samochodami. Nawet lama prawie włożyła mamie głowę przez okno. Hihi, troszkę się przestraszyła. Albo na przykład stadko zebr przebiegło nam przed pojazdem. Trochę na uboczu były dzikie koty i małpy. Znajdował się tam też plac zabaw dla dzieci ze specjalnym „małpim gajem”. Co to była za zabawa!!
Nocowaliśmy na kempingu. Były tam trampoliny. Skakałyśmy z Martą w każdej wolnej chwili. Poznałyśmy kilku Polaków, oczywiście wymieniliśmy adresy. Był tam też taki duży staw, może jeziorko ze zjeżdżalnią. Z tego też z moją siostrą chętnie korzystałyśmy.
Mieliśmy w planach powrót promem do Polski, ale dowiedzieliśmy się, że przy granicy z Niemcami jest „Aqua Park”. Oczywiście bardzo chciałyśmy jechać. Niestety w dniu wyjazdu popsuła się pogoda i w rezultacie nie płynęliśmy promem ani nie kąpaliśmy się.
Przy granicy zaczęłyśmy z Martusią recytować „Powiewa flaga gdy wiatr się zerwie…” .
Bardzo nam się podobało, ale też bardzo szczęśliwe, że już wróciliśmy. Do Kościerzyny dojechaliśmy chyba koło 22.00.
Po tej wycieczce przez jakiś czas byłam w domu. Babcia tym razem sama z dziadkiem pojechała do Konradowa i Rzeszowa. Mnie nie zabrali, bo myśleli, że nie będę chciała jechać. Na początku faktycznie, mówiłam, że jak nie oddadzą tego wilczura co mnie pogryzł, to więcej tam nie pojadę…
Prababcia ocaliła psiaka, bo chcieli go zabić. Na początku byłam troszkę zła, ale teraz uważam, że prababcia zrobiła dobrze.
Jak dziadki jechali to babcia nawet wahała się czy mnie nie zapytać o ten wyjazd, ale dziadek powiedział, że przecież nie chciałam i w końcu nie zadzwonili… Trochę żałowałam, bo z chęcią zobaczyłabym kuzyna i kuzynkę.
Jak już rodzice taty wrócili pojechałam do nich.
Napisałam dużo listów, do ludzi z kolonii… Nikt mi nie odpisał, a ja tak długo czekałam… Pewnie już nawet mnie nie pamiętają… Trudno. Później pojechałam do Krzesznej, a końcówkę wakacji spędziłam w domu.
KLASA SZÓSTA
Jak dla mnie to był chyba najgorszy rok w szkole…
Szczególnie końcówka. Na początku roku trzymałam się z Sylwią, Asią, Weroniką…
Koło szkoły stała taka „buda”, teraz też stoi, ale kompletnie zdewastowana. Tam chodziłyśmy palić, taką trawę, pustą w środku. Jak wszystko się wydało musiałam się sama rodzicom przyznać…
Przyszłam do domu i najpierw powiedziałam babci.
Jak już mówiłam rodzicom miałam poparcie babci, więc było lepiej.
Kolejne „kazanie” i spokój. W Sylwka byłam w domku z rodzicami.
Acha, przed nim, oczywiście nie można strzelać petardami…
A Asiek zrobił to tuż przed samą szkołą… No i pani dyrektor mnie ustrzeliła… O tym też musiałam powiedzieć rodzicom… I kontynuacja pamiętnika:
9 października 2001, godz. 22.24
Cześć!! Dawno tu nie zaglądałam, ale mam nadmiar myśli, więc część przeleję na papier. Będę miała lżejszą głowę (żartuję).
Na początku chcę się podzielić radością z Tobą… Darek jest za… super! Bardzo go lubię (chcę z nim chodzić), ale Marta powiedziała, że musimy mieć zawsze wspólne tematy i wtedy on skapuje, że jestem fajna i dopiero wtedy będę mogła kombinować (jak go zdobyć). W wakacje było normalnie. Jutro napiszę więcej, pa!
10 października 2001, godz. 11.38
Hejka! Jest historia, a ja wczoraj zapomniałam o paru rzeczach… Na wakacjach byłam na koloniach w Stegnie.
I tu informacje z pamiętnika się kończą… Niewiele napisałam, a chciałam opisać całe wakacje… Hehe… Teraz będę pisała to co dalej sama pamiętam.
W tym roku powtórka: „Wielka Loteria Ciapkowo”. Tym razem organizowałam ją przed Świętami Bożonarodzeniowymi… Miałam nadzieję, że ten wspaniały czas pomoże mi zebrać jeszcze większą sumę niż za pierwszym razem, ale się przeliczyłam. Podejrzewam, że pewna ilość uczniów starała się kupować prezenty dla bliskich, no a wtedy rzadko kto jest „przy kasie”… Z mamą i Martą robiłyśmy też stroiki… Zebrana suma wyniosła „tylko” nieco ponad 180,00 zł.
Było mi trochę smutno, że tak mało… To kropla w morzu potrzeb… Tym razem też pojechałam zawieźć pieniążki. Obeszłam z dziadkiem placówkę, tak jak za pierwszym razem. Zauważyłam małe zmiany, na lepsze. To poprawiło mi humor, bo wiedziałam, że w pewnym stopniu, to również moja zasługa.
Sylwka spędzałam z rodzicami w domu, Marta była chyba u koleżanki, a Gucio też gdzieś wybył.
I znów zaczęłam prowadzić pamiętnik… Po rocznej przerwie…
29 października 2002r, godz. 16.07
Ello, Pam! Tak mi smutno, taka jestem głupia! (zaraz o tym dokończę, idę na obiad)
MOJA MIŁOŚĆ, godz. 16.53
Jestem. Taak mi smutno!!! Buu!!
Teraz chodzę do I gim, do Prymusa (prywatna szkoła). Mi się podoba (od początku roku!) jeden chłopak! A teraz jest na mnie zły. Buu… Od początku: Mi się podoba Michał Stawski z III kl. Kiedyś mi powiedział, że lubi jak mu telefon wibruje, żebym mu puszczała sygnały. No i wczoraj (pon.) mu puszczałam, DUŻO. A na moje nieszczęście wtedy miał WOS i odpowiadał… No i teraz jest na mnie zły o to. Dzisiaj do niego podchodzę i:
-Michał.
-Tak?
-Kiedy kręcimy, tzn. kręcisz? (o filmie, potem napiszę)
-Po naszym egzaminie.
-A kiedy go piszecie?
-W listopadzie.
-Acha, a ty jesteś na mnie zły?
-Nie (ironia), to tylko 17 sygnałów…
Tak mi się zrobiło przykro, no bo… no bo skąd mogłam wiedzieć?? Tak mi smutno z tego powodu. Ja go naprawdę lubię!
A on… Nie dość, że (może) mnie tylko lubi, to jeszcze jest na mnie zły. Buu… A jestem głupia, bo mogłabym już chodzić z dwoma chłopakami z naszej szkoły, a ja nie! Ja chcę Michała!
FILM
Co do filmu, to Moje skryte Kochanie jest jego reżyserem, Ja i ON gramy główne role.
Jest to komedia „Z archiwum X”. I jak kręcimy, to jest fajnie, zabawnie, mogę z nim być, no i mamy o czym gadać. A teraz…! Buu…
SZKOŁA („trójka”)
Ja, jako jedyna z 6 klasy wyszłam z „trójki” i poszłam gdzie indziej (w moim wypadku do „Prymusa”) i tęsknię za niektórymi ludźmi z mojej budy. Np. Monisia, Ufex, Yankes. Na moje i ich szczęście często chodzę do „trójki”
SZKOŁA („Prymus”)
„Prymus” to „Przymus” – po części prawda… Ile tu kucia! No, ale ON mi to wynagradza, a gdybym z nim była, to u-hu-hu…
PRZYJACIELE
Monisia – NA 100%. Jaka ona jest zarąbista!! Oja!! Gdybym mogła, to bym chodziła na waxy, żeby z nią móc być… Ale nie mogę.
Patrycja – przyjaciółka?? To nie to. Ona mnie nie słucha. Prawie nigdy. Zawsze muszę powtarzać. Ja jej czasami nie rozumiem. I tu przyjaźń?
Ufi – bardzooo dobryy cumpel! On jest świetny! Tak świetnie mi się z nim gada. Ooo… Nie widziałam go od piątku… Och..
Kto jeszcze? Reszta to kumple i kumpele oraz ludzie mi obojętni lub wrogowie
DOM
Mamy remont. Teraz u nas jest babcia. Łukasz jeszcze tu nie mieszka. Mówi, że pracuje w „Kubku”
ZABAWY
Jutro DISCO!!!!!!!! W „dwójce” Chyba mogę iść (jeszcze rodzicom nie mówiłam), Tak chcę dyskotekę. Już nie mogę się doczekać!
WAKACJE
Najpierw byłam w Stawiskach, na obozie karate. Ile zajeb… osób poznałam!! Największy kontakt utrzymuję z dziesięciolatkiem z Wawy. On jest COOl.
Później pojechałam z dziadkami do Rzeszowa, Strzyżowa i Częstochowy. Z Rzeszowa wszędzie jeździliśmy z Justyną (moja cuzynka). Ona przyjechała też na dwa tygodnie do Gdyni. Świetnie się bawiłyśmy. Codziennie chodziłyśmy na plażę i po sklepach. Było wspaniale! Na razie kończę. PA!
godz. 18.13
On już chyba nie jest zły. Puścił mi sygnał!
S.M.S – Smutno Mi Samej
Co do chłopaków, to byłam okropna… Mniej więcej do kwietnia 2003 roku… Od 18-go naprawdę zmądrzałam i jak na razie jeszcze nie zgłupiałam, więc jest ok. Zdarzenia do tego czasu jeszcze wszystkie opiszę.
Film kręcili chłopcy z III klasy gim (w tej klasie było tylko 8 chłopaków) na sztukę. Scenariusz był ściągnięty z netu. Grało w nim 7 chłopaków (ósmy był operatorem kamery i ja…
Jedyna dziewczyna, no i byłam najmlodsza, z I gim.
Jerry (ten który mi się podobał) rolę damską (Scully) zaproponował najpierw koleżance z II gim, Karolinie.
Ona się nie zgodziła, właściwie nie wiem czemu. I na jednej z przerw powiedział mi:
„Asia, grasz w moim filmie, gadałem z panem Troką i się zgadza”. Mnie zamurowało. „Co?? Ja nic nie rozumiem!! Jaki film? O czym to jest” (słyszałam, że mają grać, ale co i jak…??) „Chodź do góry to dam ci scenariusz”.
Zaczęliśmy go kręcić po egzaminach próbnych. Pierwsze ujęcia kręciliśmy w naszym budynku. Jeszcze musiałam w domu wykłócić się z Martą, żebym trochę później mogła wrócić do domu, bo ona coś sobie zaplanowała. A w ogóle miałam wielki dylemat w co się ubrać. Patrycja mi pomagała. W końcu miałam na sobie białą bluzeczkę, obcisłą, czarną mini (Patrycji, bo gdzie u mnie obcisła, czarna mini…??), cienkie rajstopy i buty mojej mamy. Na (chyba) pięciocentymetrowej koturnie. Wyglądałam nieźle, ale nogi strasznie od tego bolały (jak się ubierałam, nie wiedziałam o tym). Żeby było śmiesznie, to zabrałam ze sobą moje kapcie – lwy i banana (zamiast pistoletu). Ja u siebie wygrzebałam też taki prawdziwie wyglądający (no, w końcu „Z Archiwum X…”, więc rekwizyt musi być). Później okazało się, że był za ciężki i wpadał mi za spódniczkę, więc chłopcy musieli dać mi lżejszy. Na planie było sporo śmiesznych sytuacji, więc zabawa była przednia. Pierwsze ujęcia kręciliśmy chyba ze dwie godziny.
30 października 2002r, godz. 8.10
Dzisiaj śnił mi się Michał! To było piękne! Niby były moje urodziny i najpierw Patrycja złożyła mi życzenia, a potem ON. Powiedział mniej więcej tak: „Wszystkiego najlepszego, (ble, ble, ble…), tego żebyś mogła mnie codziennie słyszeć i coś jeszcze: <>”. A mnie zamurowało. Chciałam go pocałować, ale

CIĄG DAKSZY
e niestety… Obudziłam się!
godz. 10.00 Religia – nudy, a ponad to jestem wkurzona! Wczoraj napisałam Michałowi, że go przepraszam, no i dzisiaj się pytam czy jeszcze jest zły, a oto jego odpowiedź:
„Ja zawsze jestem na wszystkich zły”.
Myśli, że będę go przepraszać do końca szkoły. Zależy mi na jego przyjaźni, ale jeśli nie, to niech się wypcha. Na świecie jest jeszcze milion innych chłopaków.
godz. 10.13
Niedługo będę musiała kupić nowy pamiętnik. Jeszcze chwila i mi się skończysz. Pamiętnik to świetna rzecz.
godz. 20.45
Właśnie wróciłam z DISCO. Jedno słowo określające ją: BYŁO ZAJEBIŚCIE, CHODZĘ Z DAMIANEM!
godz. 22.10
Tak się o niego niepokoję! No bo po dyskotece on miał oberwać, ale powiedział o tym nauczycielom i jeden go odwiózł. Z tego się cieszę, ale co potem? Tak się martwię! Muszę zadzwonić, ale nie mam kasy na karcie. Akurat jak tego potrzebuję! SIET! DAMIAN!
31 października 2002, godz.8.01
Jaka jestem uhahana!! Jak wczoraj było zajebiście!
Od początku:
Najpierw na dysce nie mogłam się przystosować. Ale później było zarąbiecie. Najpierw Damian tańczył z Patrycją. Drugą piosenkę ona chciała też z nim tańczyć, ale on powiedział;
„Ja teraz chcę z nią tańczyć”.
No i tańczył. Po tej piosence on chciał odejść, ale ja go złapałam za rękę i było świetnie. Drugą, jak z nim tańczyłam, później trzecią, to już przy tańcu trzymałam go za rękę. Wtedy wziął Patrycję na bok i poprosił ją, żeby się mnie zapytała czy chcę z nim chodzić. Jak się o tym dowiedziałam, to byłam taka happy!
Potem tańczył z Patrycją, a ja siedziałam pod ścianą i do mnie przyszła Swałdkowa. Zapytała czy może się przysiąść. No to OK.. Koniec tamtej piosenki. Damian do mnie podszedł i się pyta czy chcę. No to ja: „Tak”. On miał gumę (w buzi). A ja do niego:
-Daj mi gumę. – On sięga do kiszeni. – Nie tą. – No i dostałam buzi!
A Swałdkowa zdegustowana. Wtedy chodziliśmy za rękę, tańczyliśmy. Raz usiadłam pod ścianą, a on do mnie:
-Dlaczego ty jesteś taka sexia?? – Co miałam mu powiedzieć? Później poszliśmy na parapet. Ja siedziałam, on stał.
-Lubisz piwo?
-Nie.
-No to wódkę?
-Fuj!
-Wino! -No co ty?! -To co ty chcesz?
-Buzi. -To ma kopa.
-Yhy. – I dostałam buzi! Jaki on jest słodziutki. Na dobranoc też dostałam buzi. Dzisiaj po szkole ma po mnie przyjść.
godz. 15.45
Nie przyszedł. Teraz już się martwię!
godz. 21.00
Jak mnie wkurzają opiekunowie Damiana. Najpierw jego mama, potem babcia. Zadzwoniłam pod numer, który podał mi, ale odebrała jego mama, zobacz:
-Dzień dobry, czy jest Damian?
-Nie.
-A kiedy wróci? -On już nie wróci – zaczęłam się poważnie martwić! – On mieszka u babci.
-A czy tam jest telefon?
-Tak, 688 – 20 – 63.
-Dziękuję, do widzenia. – A jak zadzwoniłam do jego babci i się pytam:
-Czy jest Damian?
-Nie, nie ma. -A kiedy wróci?
-Nie wiem (Och, nikt nic nie wie!!)
-Czy może mu pani przekazać, że dzwoniła Asia?
-Tak, przekażę.
-Dziękuję, dobranoc..
JA GO DZISIAJ NIE WIDZIAŁAM!! Uuu!! Jaka jestem zabujana!
3 listopada 2002r
Moje Kochanie!
6 listopada 2002r, godz. (około) 15.00
Dlaczego życie jest takie okrutne???? Kocham, ale nie mogę!! Dlaczego ja się tak łatwo zakochuję?? Było pięknie, jak we śnie. Teraz powoli się z niego budzę. Wracam do szarej i okrutnej rzeczywistości. To jest straszne!
Chodzę z Damianem od środy (30 października 2002r). Do poniedziałku (4 listopada 2002r)się z nim nie widziałam. Wina leży po obu stronach. W poniedziałek wieczorem do niego zadzwoniłam i umówiliśmy się na wtorek.
OK., we wtorek się z nim widziałam rano i po szkole. On na mnie czekał 2 godz. Wtedy na godzinę poszliśmy do parku. Było jak nigdy, ale potem „musiał” jechać (później też miał PKS). Odprowadziłam go. Dzisiaj się z nim nie widziałam, ale poszłam do „dwójki” i spotkałam panią Małgosię. Powiedziała mi, że długo zna Damiana i wie jaki on jest. Że najlepiej będzie dla mnie jak ludzie będą mnie z nim jak najmniej kojarzyli. Patrycja też tak twierdzi. I ja trochę też. Ale jak z nim zerwać?! Mniej więcej wiem, ale to bardzo mnie boli…
- „Dlaczego życie jest takie
- ciężkie, tęskne i pełne goryczy?
- Dlaczego losy tak skryte
- nie dadzą kropli słodyczy?
- Dlaczego jeśli się nawet kocha,
- Trzeba żegnać kochanych?
- A serce choć pragnie,
- nie może być dla wybranych?”
Sylwka chciałam spędzać z przyjaciółmi. Kruchy zadzwonił po południu i zaprosił mnie do Bici’ego. Ale mój tatuś stwierdził, że nie mogę iść… Byłam zła. Kolejne powitanie Nowego Roku w domu z rodzicami… Kolejny raz tata okupywał komputer, a my z mamą telewizor.
O 00.00 złożyliśmy sobie życzenia, wypiliśmy po lampce szampana i każdy wrócił do swoich zajęć…
Za jakąś chwilę zadzwonił telefon. Do mnie!! To chłopcy!! Zgasili mnie, nie myślałam, że będą chcieli dzwonić. Byłam happy!!
O 1.53 dostałam sms’a od Blinky’ego… „Czy chcesz ze mną chodzić?” No i tu jeszcze większa radość. Nie odpisałam od razu. Odłożyłam komórkę i pomyślałam, że dobrze mu zrobi jak jeszcze troszkę sobie poczeka, a poza tym chciałam tą sprawę załatwić w nieco inny sposób.
W okolicach południa napisałam Dawidowi żeby był koło kawiarenki (osobiście chciałam mu odpowiedzieć). Wzięłam psa „na spacer” i nie czekając na odpowiedź, poszłam na spotkanie… Mojego Kochania nie było, więc wróciłam do domku. Zadzwonił około 15.00. Rano nie miałam zamiaru się z nim wiązać… Zamierzałam powiedzieć, że wolę go jako kumpla… W końcu „zmusiłam” go, żeby sam się zapytał o to chodzenie, a ja odpowiedziałam, że tak…
8-go, po szkole Blinkuś odprowadził mnie do Patrycji kwiaciarni. Dostałam różę. Chciał, żebym sama ją wybrała, ale w końcu poprosiłam o to ekspedientkę. Była śliczna… Ale w drodze do domu (nie pomyślałam, żeby włożyć pod płaszcz) zmarzła… no i w rezultacie zwiędła. Ususzyłam ją. Dosyć często Dawid mnie odprowadzał. Lubił mnie wtedy drażnić. Nazywał mnie: „Tobiasz”. Mocno mnie to wkurzało. 17-go stycznia zerwałam z nim. Po dyskotece. Wieczorem jeszcze zadzwonił. Zapytał dlaczego, powiedział, że gdyby wiedział to na dyskę by nie poszedł. A mi było smutno, ale nie chciałam mieć chłopaka.
21.02.03 W szkole jestem dziwnie wesoła, a jak wracam do domu to robi mi się smutno. Dzisiaj umówiłam się z Jacą w Bimie, chyba będzie fajnie.
24.02.03
Wczoraj umówiłam się ze Stachem, na spacer z Rinusiem, a przy okazji na deptaku spotkałam Jacka… 21-go nie przyszedł, bo się zasiedział w „Texasie”. Fajny jest, ale myślałam, że troszeczkę wyższy. A Stachowi się podobam, bez sensu, ale ja nie chcę z nim chodzić. Z tego co się orientuję, to na tej przerwie chce się mnie o to zapytać.
10.03.03
Już chce mi się żyć! Już wiem kto mi się podoba (Blinky).
Dzisiaj był pierwszy dzień rekolekcji. Na pierwszych byłam, z drugich całą ekipą zwialiśmy.
Najpierw doszliśmy do cmentarza, potem wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do dworca. Na dworcu był koniec trasy tego autobusu, ale wsiedliśmy w następny i pojechaliśmy do Blinky’ego. U Dawida byliśmy do (coś koło) 17.45. Potem chłopacy odprowadzili mnie z Patrycją do kawiarenki. Blinky jutro prawdopodobnie dowie się , że mi się podoba. Ja wiem, że jestem głupia, ale co mogę na to poradzić?!? Uwielbiam go!
„Życie jest piękne
Gdy żyć się umie
Gdy jedno serce
Drugie rozumie…”
dokończę (chyba) jak/jeśli będę z Blinky’m.
24.03.03
Dzisiaj w szkole po raz pierwszy przez chłopaka płakałam.
Przykre… To boli…
Ja jestem w nim zabujana, a on chyba bawi się moim uczuciem. Jak Majki nie ma, to on zachowuje się jakby ona nie istniała, a ja – coś dla niego znaczyła! A jak Majka jest (no oczywiście ja też), on oni tak ładnie wyglądają. Tacy zakochani, tacy szczęśliwi, a mnie nie ma! Jakbym nie istniała. Czy on ma świadomość jak to boli?
Na rekolekcjach byłam tylko jednych. Łaziliśmy do Słońca, do miasta, do Niunia, no i raz byliśmy u mnie. Potem raz zwiałam z sex’ów, bo szliśmy do Niunia. Ostatnio jak byłam u Niunia z chłopakami, był też Blinky. W pewnym momencie poszłam do góry.
On też tam poszedł… Spojrzał na mnie, położył mi ręce na biodrach i w ogóle zachowywał się jakby chciał mnie pocałować. Potem powiedział, żebym zeszła na dół… Poszedł za mną i powiedział „Chodź grać z nami w piłkę” (!). Mała załamka… „Can I kill myself? Please…”
„Ty kochasz ją – nie mnie
I nie wiesz jak to rani mnie
W sercu czuję ból wiedząc, że
Kochasz ją – nie mnie”
“Life is BRUTAL!!” „Kill me! Please” „Can I kill myself?” „I don’t want be free! I want be with Blinky. But He doesn’t love (maybe like) me!” „I hate myself!”
25.03.03
Bici wku…rza! „I’m stupied!”
6 maja 2003r.
Jestem lekko załamana. Tata zabrał mnie z biologii i powiedział, że jedziemy do szpitala. Zgasiło mnie Teraz siedzę w tym okropnym budynku. Jestem na oddziale dziennym (na dole), bo na hematologii (na górze) nie ma miejsca. Nie wiem co mi jest (tego na razie nikt chyba nie wie), ale wiem, że w szpitalu będę długo. Lekarz mówi coś o 5 tygodniach. Nie mogę uwierzyć. Niecałe 24 h temu szalałam na w-f’ie.
Mam cosik nie tak z morfologią, bo niby mam wszystkiego za mało. Rodzice zostają ze mną (chyba) do 22.00. Pierwszy szpitalny kumpel – Michał.
9 maja 2003r, ok. godz. 13.00
Poszłam na górę po obiad. Rodzice właśnie wyszli od doktora. Mama wygląda na załamaną. Nie chcę o niczym myśleć. Sami mi powiedzą.
Ok. godz. 16.00
Dowiedziałam się co mi jest. Mam zespół wielo… mielo… chyba mielodysplastyczny (MDS), coś co potem może przekształcić się w ostrą białaczkę szpikową. Muszę mieć przeszczep szpiku. Wcale się nie przestraszyłam. Nie wiem czemu, ale wczoraj w nocy zastanawiałam się, że mogę mieć białaczkę. Jestem jakby trochę pusta. Pomyślałam tylko: szkoda, ale i tak z tego wyjdę.
Rodzice (a właściwie tata, bo on potrafi mówić tak spokojnie, tak, że można słuchać, nie chaotycznie, nie mówię, że mama tak mówi! Tylko mama by się rozkleiła. Wiadomo – mama) powiedzieli mi o tym przed chwilą. Michał chciał iść też z nami na spacer, ale rodzice powiedzieli, że chcieliby ze mną porozmawiać, więc został na oddziale. Wczoraj fajnie szaleliśmy w parku (z moimi rodzicami). Chowaliśmy się za drzewami, a tata i Michał się gonili. Zabawne.
21 maja 2003r
Dzisiaj zakładali mi kateter. Wszystko mnie boli… A jeszcze pielęgniarka (chyba nieświadomie, bo dopiero wróciła z urlopu) położyła mi rękę na opatrunku. Au!
30 maja 2003r
Wróciłam z badan. Wyniki trochę gorsze (płytki 37 tys, gran.350). Czuję się byle jak.
12 czerwca 2003r.
Właśnie wróciłam z Kliniki. Badanie, morfologia, standard. Pod koniec miałam kilka pytań. M.in. czy mogę farbować włosy. Zgadnijcie odpowiedź doktor: OCZYWIŚCIE!!!
27.VI.2003r.
Cześć! Ostatnio mi się nudzi i postanowiłam cosik pisać Jest początek wakacji, ale dla mnie one zaczęły się 6.V.br. Do 23.V byłam w szpitalu, teraz dostaję dziesięciodniowe przepustki do domu. Muszę sprzedać książki. Na następnej stronie jest ogłoszenie.
UWAGA!!
Sprzedam podręczniki (niżej wymienione)
W bardzo dobrym stanie.
Telefon kontaktowy:
507 – 486 – 408
(a tu był podany domowy)
Końcowa cena do ustalenia.
(tu była tabelka)<-/center> Chyba powinnam cokolwiek o sobie napisać, więc:
LIST GOŃCZY
Imię: Joanna
Nazwisko: Zwiercan Data urodzenia: 23 listopada 1989r
Miejsc urodzenia: Gdynia
Obywatelstwo: Polskie
PESEL: 89112306424
Sympatia: Dawid Sikora
Zwierzaki: pies, Rino (a wcześniej: rybki, pies, zając, królik, szczurki hodowlane, chomiki)
Imiona rodziców: Małgorzata i Roman
Imiona rodzeństwa: Marta i Łukasz
Znaki szczególne: Blizna na prawym pośladku i blizna na brodzie.
Zainteresowania: Chłopaki, muzyka, literatura
Ulubione zajęcia: Czytanie, plwanie i spotkania z przyjaciółmi.
Ulubiony film: „Ali G. in da house”, „8. Mile” (jeszcze nie widziałam), „Romeo i Julia”, „Psie łzy”
Ulubiona książka: „Harry Potter” (czemu nie ma jeszcze piątej części??) „Bella i Sebastian”
Co ceni: Prawdę, wierność
Czym gardzi: Zdradą, nieszczerością
Kolor oczu: Niebieskie
Kolor włosów: Czerwone
2 lipca 2003r
Dzisiaj musiałam oddać pieska. Smutno mi. On ma jakiegoś gronkowca i grzybki (dla normalnych ludzi nie jest to szkodliwe…). Pojechał z dziadkami na jakieś pól roku.
18/19 lipca 2003r.
Jestem wściekła, tak wściekła, że aż się poryczałam (oczywiście jak rodzice wyszli, bo byłoby im smutno). Nienawidzę szpitala w Kościerzynie!
Napiszę czemu: siostry założyły mi weflon, ale cały czas mam do niego przyczepiony wężyk (dla wygody sióstr), a mi prawie non stop (oprócz godzin podawania antybiotyków) spływa krew do tego wężyka. Opatrunek mam pobrudzony od krwi (wczoraj siostrze niechcąco pociekła, moja!). Przed chwilą się myłam, zgadnijcie jak – w wanience dla niemowląt, bo tu jest taki prysznic, że woda leci prosto z góry, a ja mam kateter!!!!! A jedna z sióstr chciała mi go jakąś folią zakleić, chyba cały brzuch miałabym zakryty. A odrywanie tego bardzo by bolało (odrywać plaster z brzucha!) Grr…
Nienawidzę! Poza tym jest chyba ok. Rodzice byli (prawie cały dzień), więc chociaż troszkę było weselej.

Tyle znalazłem w komputerze :-(. Dalszy ciąg w "Z pamiętników", jak tylko zostaną przepisane



go to top Go To Top go to top

 
Koszty pozyskiwania szpiku
Test dawców
Strategia doboru dawcy
Jak zostać Dawcą i jak wygląda procedura
Przeszczepy szpiku kostnego
Laboratoria
Nasz baner
Pomagają nam
Potrzebna Krew
Fundacja Kaszubska
Wpłata kartą kredytową na konto Fundacji


Telefon do
Kliniki Hematologii Dziecięj we Wrocławiu,
Odzial Transplantacji Szpiku i Terapii Genowej,
ul. Bujwida 44,
tel. (0-71) 320-04-00

Telefon do
kliniki Hematologii AM
w Gdańsku :
058 349-28-71/74
border borderborder border
     
border
border
border border
border border border border
border border border border

Advertisement